| Biennale w tonacji niepokoju
61. Międzynarodowa Wystawa Sztuki
w Wenecji
Wenecja od wieków uwodzi pięknem,
które wydaje się nierealne. Pałace wyrastają wprost z wody, światło odbija
się w kanałach, a za każdym zakrętem wąskiej uliczki czeka obraz godny
malarzy dawnej szkoły weneckiej. To miasto stworzone do patrzenia. Tymczasem
tegoroczne Biennale zachęca przede wszystkim do słuchania: głosów cichych,
pomijanych, zagłuszanych przez hałas współczesnego świata.
Wenecka
gondola
61. Międzynarodowa Wystawa Sztuki
odbywa się pod hasłem: "In Minor Keys" - "W tonacjach molowych". Jej koncepcję
przygotowała Koyo Kouoh, pochodząca z Kamerunu wybitna kuratorka i dyrektorka
Zeitz Museum of Contemporary Art Africa w Kapsztadzie. Zmarła nagle w maju
2025 roku, pozostawiając zespołowi zadanie dokończenia wystawy zgodnie
z jej wizją. Tytuł okazał się niezwykle trafny. Tonacja molowa nie oznacza
przecież wyłącznie smutku. Może nieść melan- cholię, zadumę i niepokój,
ale także czułość, skupienie oraz nadzieję wypowiadaną ciszej niż zwykle.
Od maja do listopada Wenecja staje
się ogromną galerią. Wystawy wypełniają Giardini i dawne hale stoczniowe
Arsenału, ale także pałace, kościoły, muzea i galerie rozsiane po całym
mieście. Tegoroczna edycja obejmuje sto prezentacji narodowych i trzydzieści
jeden wydarzeń towarzyszących. Nie sposób zobaczyć wszystkiego podczas
krótkiego pobytu. Trzeba wybierać, a później zaakceptować, że wiele drzwi
pozostanie nieotwartych. Z czasem okazuje się jednak, że najważniejsza
nie jest liczba obejrzanych prac, lecz te nieliczne obrazy, dźwięki i przestrzenie,
które nie pozwalają o sobie zapomnieć.
Polski pawilon nosi tytuł "Języki
z wody". Bogna Burska i Daniel Kotowski stworzyli instalację audiowizualną,
w której osoby słyszące i głuche zanurzają się pod wodą i próbują porozumiewać
się ruchem oraz gestem. Inspiracją stały się pieśni wielorybów, ale nie
chodzi tu o proste naśladowanie świata zwierząt. Twórcy pytają, czy jesteśmy
zdolni wyjść poza język, który uznajemy za jedyny obowiązujący, i podjąć
próbę spotkania z kimś, kto doświadcza rzeczywistości inaczej.
Pod wodą głos traci swoją uprzywilejowaną
pozycję. Zastępują go ciało, spojrzenie i ruch dłoni. Komunikacja przestaje
być czymś oczywistym; staje się wysiłkiem i aktem uważności. Ta poetycka
praca mówi o osobach głuchych, lecz jej sens jest znacznie szerszy. W świecie,
w którym wszyscy mówią jednocześnie, coraz częściej nie potrafimy się usłyszeć.
Być może prawdziwe porozumienie zaczyna się dopiero wtedy, gdy przestajemy
zakładać, że inni muszą posługiwać się naszym językiem.
Takich pytań Biennale stawia wiele.
Powracają kwestie tożsamości, migracji, pamięci i przynależności. Artyści
opowiadają o samotności człowieka żyjącego pomiędzy kulturami, o potrzebie
domu i o pamięci miejsca, które zostało opuszczone. Nie proponują łatwych
odpowiedzi. Raczej uczą patrzeć na świat oczami kogoś, czyje doświadczenie
dotąd pozostawało poza naszym polem widzenia.
Szczególnie interesujący dla kanadyjskiego
widza jest pawilon Kanady. Jego autorem jest Abbas Akhavan, artysta urodzony
w Teheranie, od lat związany z Montrealem i Berlinem. Instalacja Entre
chien et loup - tytuł francuskiego określenia pory między dniem a nocą
- zmienia modernistyczny pawilon w przestrzeń przypominającą szklarnię.
W jej centrum znajduje się basen
z ogromnymi liliami wodnymi z rodzaju Victoria. Zachwycające rośliny nie
są jednak wyłącznie dekoracją. W XIX wieku przewożono egzotyczne okazy
z podbitych ziem do europejskich ogrodów botanicznych, gdzie stawały się
symbolem potęgi imperium. Akhavan przywołuje londyńską Wielką Wystawę z
1851 roku i jej Kryształowy Pałac, przypominając, że historia zachwytu
nad naturą jest również historią zawłaszczania, klasyfikowania i podporządkowywania
świata.
Artysta nie wygłasza oskarżycielskiej
mowy. Pozwala, aby mówiły rośliny, woda i architektura. Piękno lilii działa
niemal hipnotycznie, a jednocześnie skrywa pamięć kolonialnych wypraw i
przemocy. W pawilonie Kanady natura nie jest biernym tłem ludzkiej historii.
Jest jej świadkiem, ofiarą, a czasem także siłą zdolną odzyskać zajętą
przez człowieka przestrzeń.
Podobne skupienie odnajduję w pawilonie
Egiptu. Armen Agop, egipsko-ormiański rzeźbiarz pracujący przede wszystkim
w czarnym granicie, zatytułował swoją prezentację Silence Pavilion: Between
the Tangible and the Intangible. W zaciemnionym wnętrzu kamienne formy
nie narzucają się widzowi. Trzeba zbliżyć się do nich, pozwolić oczom przywyknąć
do mroku, poczuć ich gładkość i chłód. Pośród nadmiaru obrazów, filmów
i dźwięków ta cisza okazuje się jednym z najbardziej radykalnych doświadczeń
Biennale. Zmusza do zwolnienia, a może nawet do spotkania z samym sobą.
W czasie Biennale cała Wenecja żyje
sztuką, dlatego równie ważne są wystawy organizowane poza jego głównym
programem. W Gallerie dellAccademia Marina Abramović prezentuje Transforming
Energy. To wydarzenie historyczne: artystka jest pierwszą żyjącą kobietą,
której muzeum poświęciło tak rozległą wystawę indywidualną.
Maski weneckie
używane podczas karnawału
Abramović od dziesięcioleci bada
granice ciała, wytrzymałości i relacji pomiędzy artystą a publicznością.
Tym razem nie pozwala widzowi pozostać wyłącznie obserwatorem. W salach
ustawiono kryształy i minerały tworzące obiekty przejściowe: można przyłożyć
do nich głowę lub dłonie, położyć się pod blokiem kryształu, zatrzymać
i poddać medytacji. Niezależnie od tego, czy wierzymy w energię kamieni,
wystawa zmienia nasz sposób obecności. Odbiera telefonowi rolę przewodnika,
każe przestać fotografować i przez chwilę po prostu być.
W tym geście kryje się ważny komentarz
do współczesności. Żyjemy szybko, obrazy przesuwamy palcem, a naszej uwagi
wystarcza często na kilka sekund. Abramović proponuje odwrotność tego doświadczenia:
skupienie, cierpliwość i zaangażowanie. Jej sztuka nie chce być tylko oglądana.
Ma wydarzyć się pomiędzy dziełem a człowiekiem.
W pawilonie Wielkiej Brytanii Lubaina
Himid opowiada o domu, migracji i potrzebie przynależności. Jej barwne,
wieloczęściowe obrazy przyciągają kolorem, lecz pod dekoracyjną powierzchnią
kryją się historie wykorzenienia, kolonialnej przeszłości i trudnego budowania
życia w obcym kulturowo miejscu. Artystka, urodzona na Zanzibarze i wychowana
w Wielkiej Brytanii, zna doświadczenie istnienia pomiędzy światami.
Wystawę zamykają pytania skierowane
bezpośrednio do publiczności: Gdzie jest twoje miejsce? Czy marzenie jest
rzeczywiste? Czy magia jest możliwa? Nie brzmią jak podsumowanie. Zabieramy
je ze sobą, wychodząc z pawilonu, i zaczynamy odnosić do własnego życia.
Właśnie wtedy sztuka przestaje być cudzą opowieścią.
Najbardziej bolesne obrazy czekają
jednak poza strefą metafory. Wystawa poświęcona Gazie pokazuje ruiny domów,
ludzi czekających z metalowymi miskami na posiłek, rannych w szpitalach
i kobiety tulące dzieci. Wobec takich fotografii estetyczne kategorie tracą
znaczenie. Pozostaje świadectwo - i pytanie, czy patrzenie może jeszcze
prowadzić do odpowiedzialności.
Biennale nie odwraca się od świata
ogarniętego konfliktami, lękiem o przyszłość planety i przemocą wobec ludzi
oraz natury. Nie próbuje też przekonywać, że sztuka może zatrzymać wojnę
albo naprawić wszystkie krzywdy. Może jednak nie pozwolić nam przywyknąć
do zła. Może przywrócić twarz ludziom zamienionym w statystyki i głos tym,
których zwykle nie słuchamy.
Po kilku dniach spędzonych wśród
setek prac zaczęłam rozumieć, że "tonacje molowe" nie są zaproszeniem do
rozpaczy. Są sprzeciwem wobec krzyku, uproszczeń i łatwych pewników. Najciekawsze
dzieła tegorocznego Biennale nie próbują zagłuszyć świata. Przeciwnie -
wyciszają go na chwilę, abyśmy mogli dostrzec to, co ginie w codziennym
hałasie: gest dłoni pod wodą, chłód kamienia, liść egzotycznej rośliny,
pamięć utraconego domu, cierpienie drugiego człowieka.
Wenecja pozostaje miastem stworzonym
do patrzenia. Biennale przypomina jednak, że samo patrzenie nie wystarcza.
Trzeba jeszcze nauczyć się słuchać - także ciszy. I być może właśnie w
tej uważności, a nie w wielkich deklaracjach, kryje się dziś najważniejsza
siła sztuki.
Opracowanie: D.T.
|