.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Toskania poza szlakiem

Prawdziwe piękno Toskanii kryje się nie w zatłoczonych placach Florencji czy Sieny, lecz między łagodnymi wzgórzami, w ciszy małych miasteczek i wsi, gdzie czas zdaje się płynąć wolniej. To właśnie tam, wśród winnic, gajów oliwnych i kamiennych domów, można odnaleźć jej najsubtelniejszy urok - niewidoczny na pierwszy rzut oka, ale pozostający w pamięci na długo.

Spędziłam dwa tygodnie w Toskanii - niby dużo czasu, żeby zwiedzić wiele miejsc tej cudownej krainy, lecz za mało na zapoznanie się z większością jej zabytków, szczególnie tych w większych miastach. Mając do dyspozycji samochód, wybrałam więc odkrywanie małych miejscowości. Niekiedy, obramowane wysokimi murami, pozostały niemal nietknięte od czasów średniowiecza; inne, z domami rozsianymi wśród pól, oferują zapierające dech widoki.

Dwie bazy - gospodarstwo agroturystyczne w Lamporecchio i mieszkanie w Loro Ciuffenna - sprzyjały krótkim wypadom, czasem zaledwie kilkukilometrowym. Toskańskie perełki są tu rozsiane gęsto - wystarczy wspiąć się na niewielkie wzniesienie, by dostrzec w oddali zamek, klasztor czy mury obronne zwieńczone wieżami i bramą wjazdową. Odkrywaniu tych miejsc sprzyjała kwietniowa, ciepła i słoneczna pogoda. Pobocza dróg pokrywały kobierce kwiatów - maki wręcz krzyczały czerwienią, akacje były w pełnym rozkwicie, a pnącza wisterii spektakularnie zdobiły mury, kamienne domy i pergole.

Drugiego dnia pobytu w Lamporecchio, wcześnie rano, wybrałam się na godzinny spacer. Słońce przypiekało już dość mocno, lecz wąska droga prowadziła wśród rzucających cień gajów oliwnych, a lekki wiaterek przynosił przyjemne ochłodzenie. Wciągałam głęboko w płuca toskańskie zapachy - kwiatów, traw, świeżych, jasnozielonych liści winorośli i srebrzystych drzew oliwnych.

W tej cudownej aurze skorzystałam z bliskości miasteczka Vinci, które - jak sama nazwa wskazuje - związane jest z geniuszem nie tylko renesansu, ale i wszechczasów. To w miejscowym kościółku Leonardo został ochrzczony, a w pobliskiej wiosce Anchiano przyszedł na świat. Kamienny dom, w którym z dużym prawdopodobieństwem się urodził, stoi wśród kilkusetletnich drzew oliwnych. Mieści się w nim dziś muzeum poświęcone wielkiemu artyście. Wnętrze jest skromne - zachowały się jedynie mury i kilka autentycznych drewnianych elementów - a jednak pozwala na niemal namacalny kontakt z przeszłością. Być może również duży, prosty kominek pamięta małego geniusza, podobnie jak kamienna płaskorzeźba rodu Vinci.

"Obraziłem Boga i ludzkość, ponieważ moja praca nie osiągnęła jakości, jaką powinna mieć" - to ostatnie słowa mistrza, którego rozległa twórczość i zainteresowania najlepiej oddają określenie "człowiek renesansu". Nie brzmią one jednak jak chełpliwe podsumowanie życia spełnionego artysty. Wręcz przeciwnie - świadczą o jego niezwykłej skromności i świadomości ludzkiej niedoskonałości. Krótki film o życiu Leonarda, wyświetlany w jednej z trzech izb domu, podkreślał jego umiłowanie krainy dzieciństwa, do której wracał myślami przez całe życie. Pierwszy zachowany szkic mistrza przedstawia właśnie okolice Vinci - łagodne wzgórza, cyprysy, winnice i gaje oliwne. Te krajobrazy odnaleźć można także w jego obrazach.

Kolejną perełką, w której się zatrzymałam, była średniowieczna Messa. W jej romańskim kościółku, o nieco mrocznym wnętrzu, odkryłam prawdziwe arcydzieła malarstwa i rzeźby. Na wąskich uliczkach spotkałam jedynie kilku turystów i leniwe koty wygrzewające się w słońcu lub towarzyszące mi w wędrówce - z nadzieją na poczęstunek i odrobinę pieszczoty. Zapewniłam im jedno i drugie. Trafiłam akurat na porę sjesty - mieszkańcy skryli się w domach, a jedyna kawiarnia była zamknięta. Opuszczałam Messę zachłyśnięta widokami oraz napełniona spokojem i ciszą tego miejsca

Montevarchi zachwyciło mnie kolegiatą San Lorenzo - z marmurowym ołtarzem "pod opieką" dwóch aniołów, kasetonowym sklepieniem i pięknym freskiem na kopule. Jasne wnętrze kościoła urzekało lekkością, choć zostało przekształcone z gotyckiego w barokowe.

Z kolei drugi kościół - Santa Maria al Giglio - położony poza centrum starego miasta, zaskoczył mnie nie tyle urodą (jak na renesans jest dość surowy), co obecnością tęczowych flag umieszczonych po obu stronach wejścia oraz jednej z napisem "Pace", przykrywającej front ołtarza. Być może to jedyny w świecie kościół katolicki, który w tak widoczny sposób wyraża poparcie dla społeczności LGBT.

Droga z Montevarchi - prowadząca wśród gór i pełna niespodzianek, jak pola kwitnących irysów - zaprowadziła mnie do miejsca uznawanego za jedną z najpiękniejszych toskańskich wiosek, słynącej z najstarszego we Włoszech wciąż działającego młyna. Tym miejscem jest Loro Ciuffenna - urokliwe miasteczko położone po obu stronach górskiej rzeki. Z daleka, wtulone w skały, wygląda niemal nierealnie. Po przyjeździe i zakwaterowaniu w pięknie urządzonym B&B, mieszczącym się w kamiennym domu, natychmiast ruszyłam na spacer. Zachowywałam się trochę jak japoński turysta - fotografując dosłownie wszystko.

Dzwony kościelne, odzywające się co pół godziny, dopełniały atmosfery. Widok z mostów na rzekę wijącą się wśród ogromnych głazów, nad którą zawieszone są jak jaskółcze gniazda kamienne domki, wprawiał mnie w prawdziwe uniesienie - być może nawet większe niż podczas zwiedzania najsłynniejszych katedr. O siódmej rano obudziła mnie melodia, którą kiedyś śpiewała moja mama: "Po górach, dolinach rozlega się dzwon…", wygrywana przez dzwon pobliskiego kościoła Santa Maria Assunta.


 
W Loro Ciuffenna zatrzymałam się na tydzień i mogłabym opisywać to miejsce bez końca, lecz zdjęcia zapewne lepiej oddadzą jego urok. Kulminacją zachwytu była dla mnie wizyta w położonym dwa kilometry od centrum kościele Pieve di San Pietro a Gropina - jednym z najlepiej zachowanych i najstarszych w Toskanii, sięgającym VIII wieku.

Droga do tego romańskiego zabytku, kręta i pełna widoków, zajęła zaledwie kilka minut. Surowa, kamienna fasada nie zapowiadała wnętrza - przestronnego, niemal pozbawionego ozdób, a jednocześnie przenoszącego w świat wczesnego średniowiecza. Szczególnie uwagę przyciągają rzeźby na kazalnicy oraz kapitele kolumn - proste, niemal prymitywne, tak odmienne od misternych zdobień znanych z wielkich bazylik. Każdy z nich przedstawia inne motywy - lwy, syreny, konie, rycerzy czy fantastyczne stworzenia i demony. Byłam w kościele zupełnie sama. Brakowało jedynie gregoriańskiego śpiewu i zakonnika z tonsurą, który przemknąłby bezszelestnie po kamiennej posadzce.

W poszukiwaniu toskańskich perełek zatrzymywałam się również w miejscach oferujących jeden wyjątkowy zabytek, jak słynny Ponte Buriano. Ten XIII-wieczny most, prawdopodobnie uwieczniony przez Leonarda na obrazie Mona Lisa, jeszcze niedawno służył ruchowi drogowemu, dziś można przejść nim jedynie pieszo.

W drodze do Castelfranco di Sopra zatrzymałam się przy opactwie San Salvatore a Soffena - romańskiej budowli o grubych murach, małych oknach i dzwonnicy górującej nad surową bryłą. Opactwo było zamknięte, więc jedynie obeszłam je dookoła.

Castelfranco di Sopra - senne miasteczko otoczone murami - podczas sjesty było niemal całkowicie puste. Ciasne uliczki, skromny kościół i rozległe widoki wokół tworzyły niepowtarzalny klimat. W drodze powrotnej mijałam niezwykłe formacje skalne znane jako Le Balze. Powstały w wyniku erozji osadów dawnego jeziora istniejącego w dolinie Arno w epoce pliocenu i plejstocenu. Były badane i szkicowane przez Leonarda da Vinci.

Monteriggioni to maleńkie miasteczko otoczone wysokimi murami, z niewielkim kościołem i kilkoma uliczkami. Rozświetlone popołudniowym słońcem mury zachwycały ciepłymi barwami. W ciszy zatrzymywałam się co kilka kroków, by uchwycić nie tylko potężne wieże czy główny plac, ale i drobne detale - stare drzwi czy kolorowy rower służący jako stojak na kwiaty. W promieniach zachodzącego słońca żegnały mnie krajobrazy okolicznego regionu Chianti - uznawanego za jeden z najpiękniejszych w Toskanii. To właśnie on zamykał moją podróż "między wzgórzami a ciszą".

Tę podróż będę wspominać wielokrotnie. W przeciwieństwie do zwiedzania wielkich miast, zapamiętałam z niej niemal każdy szczegół. Był to dla mnie także głęboki odpoczynek - dla ducha i dla ciała. Ducha - poprzez zachwyt nad pięknem przyrody i dziełami człowieka, kontemplowanymi bez pośpiechu i w samotności. Ciała - dzięki spokojnym spacerom wśród winnic i gajów oliwnych, krętymi drogami otoczonymi kamiennymi murkami, na których wygrzewają się jaszczurki, a w szczelinach rosną kwiaty.

Z każdym dniem coraz bardziej przekonywałam się, że to właśnie te małe miejscowości są prawdziwym sercem tej niezwykłej krainy.

Bo Toskania nie zaczyna się tam, gdzie stoją kolejki turystów - lecz tam, gdzie słychać tylko dzwony, wiatr i własne myśli.
 

Beata Gołembiowska - pisarka, fotografka, reporterka torontońskiej Gazety. bgbooks.com.pl 

Zdjęcia autora.  
 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ