| Toskania poza szlakiem
Prawdziwe
piękno Toskanii kryje się nie w zatłoczonych placach Florencji czy Sieny,
lecz między łagodnymi wzgórzami, w ciszy małych miasteczek i wsi, gdzie
czas zdaje się płynąć wolniej. To właśnie tam, wśród winnic, gajów oliwnych
i kamiennych domów, można odnaleźć jej najsubtelniejszy urok - niewidoczny
na pierwszy rzut oka, ale pozostający w pamięci na długo.
Spędziłam dwa
tygodnie w Toskanii - niby dużo czasu, żeby zwiedzić wiele miejsc tej cudownej
krainy, lecz za mało na zapoznanie się z większością jej zabytków, szczególnie
tych w większych miastach. Mając do dyspozycji samochód, wybrałam więc
odkrywanie małych miejscowości. Niekiedy, obramowane wysokimi murami, pozostały
niemal nietknięte od czasów średniowiecza; inne, z domami rozsianymi wśród
pól, oferują zapierające dech widoki.
Dwie bazy -
gospodarstwo agroturystyczne w Lamporecchio i mieszkanie w Loro
Ciuffenna - sprzyjały krótkim wypadom, czasem zaledwie kilkukilometrowym.
Toskańskie perełki są tu rozsiane gęsto - wystarczy wspiąć się na niewielkie
wzniesienie, by dostrzec w oddali zamek, klasztor czy mury obronne zwieńczone
wieżami i bramą wjazdową. Odkrywaniu tych miejsc sprzyjała kwietniowa,
ciepła i słoneczna pogoda. Pobocza dróg pokrywały kobierce kwiatów - maki
wręcz krzyczały czerwienią, akacje były w pełnym rozkwicie, a pnącza wisterii
spektakularnie zdobiły mury, kamienne domy i pergole.
Drugiego dnia
pobytu w Lamporecchio, wcześnie rano, wybrałam się na godzinny spacer.
Słońce przypiekało już dość mocno, lecz wąska droga prowadziła wśród rzucających
cień gajów oliwnych, a lekki wiaterek przynosił przyjemne ochłodzenie.
Wciągałam głęboko w płuca toskańskie zapachy - kwiatów, traw, świeżych,
jasnozielonych liści winorośli i srebrzystych drzew oliwnych.
W tej cudownej
aurze skorzystałam z bliskości miasteczka Vinci, które - jak sama
nazwa wskazuje - związane jest z geniuszem nie tylko renesansu, ale i wszechczasów.
To w miejscowym kościółku Leonardo został ochrzczony, a w pobliskiej wiosce
Anchiano przyszedł na świat. Kamienny dom, w którym z dużym prawdopodobieństwem
się urodził, stoi wśród kilkusetletnich drzew oliwnych. Mieści się w nim
dziś muzeum poświęcone wielkiemu artyście. Wnętrze jest skromne - zachowały
się jedynie mury i kilka autentycznych drewnianych elementów - a jednak
pozwala na niemal namacalny kontakt z przeszłością. Być może również duży,
prosty kominek pamięta małego geniusza, podobnie jak kamienna płaskorzeźba
rodu Vinci.
"Obraziłem
Boga i ludzkość, ponieważ moja praca nie osiągnęła jakości, jaką powinna
mieć" - to ostatnie słowa mistrza, którego rozległa twórczość i zainteresowania
najlepiej oddają określenie "człowiek renesansu". Nie brzmią one jednak
jak chełpliwe podsumowanie życia spełnionego artysty. Wręcz przeciwnie
- świadczą o jego niezwykłej skromności i świadomości ludzkiej niedoskonałości.
Krótki film o życiu Leonarda, wyświetlany w jednej z trzech izb domu, podkreślał
jego umiłowanie krainy dzieciństwa, do której wracał myślami przez całe
życie. Pierwszy zachowany szkic mistrza przedstawia właśnie okolice Vinci
- łagodne wzgórza, cyprysy, winnice i gaje oliwne. Te krajobrazy odnaleźć
można także w jego obrazach.
Kolejną perełką,
w której się zatrzymałam, była średniowieczna Messa. W jej romańskim
kościółku, o nieco mrocznym wnętrzu, odkryłam prawdziwe arcydzieła malarstwa
i rzeźby. Na wąskich uliczkach spotkałam jedynie kilku turystów i leniwe
koty wygrzewające się w słońcu lub towarzyszące mi w wędrówce - z nadzieją
na poczęstunek i odrobinę pieszczoty. Zapewniłam im jedno i drugie. Trafiłam
akurat na porę sjesty - mieszkańcy skryli się w domach, a jedyna kawiarnia
była zamknięta. Opuszczałam Messę zachłyśnięta widokami oraz napełniona
spokojem i ciszą tego miejsca
Montevarchi
zachwyciło mnie kolegiatą San Lorenzo - z marmurowym ołtarzem "pod opieką"
dwóch aniołów, kasetonowym sklepieniem i pięknym freskiem na kopule. Jasne
wnętrze kościoła urzekało lekkością, choć zostało przekształcone z gotyckiego
w barokowe.
Z kolei drugi
kościół - Santa Maria al Giglio - położony poza centrum starego miasta,
zaskoczył mnie nie tyle urodą (jak na renesans jest dość surowy), co obecnością
tęczowych flag umieszczonych po obu stronach wejścia oraz jednej z napisem
"Pace", przykrywającej front ołtarza. Być może to jedyny w świecie kościół
katolicki, który w tak widoczny sposób wyraża poparcie dla społeczności
LGBT.
Droga z Montevarchi
- prowadząca wśród gór i pełna niespodzianek, jak pola kwitnących irysów
- zaprowadziła mnie do miejsca uznawanego za jedną z najpiękniejszych toskańskich
wiosek, słynącej z najstarszego we Włoszech wciąż działającego młyna. Tym
miejscem jest Loro Ciuffenna - urokliwe miasteczko położone po obu
stronach górskiej rzeki. Z daleka, wtulone w skały, wygląda niemal nierealnie.
Po przyjeździe i zakwaterowaniu w pięknie urządzonym B&B, mieszczącym
się w kamiennym domu, natychmiast ruszyłam na spacer. Zachowywałam się
trochę jak japoński turysta - fotografując dosłownie wszystko.
Dzwony kościelne,
odzywające się co pół godziny, dopełniały atmosfery. Widok z mostów na
rzekę wijącą się wśród ogromnych głazów, nad którą zawieszone są jak jaskółcze
gniazda kamienne domki, wprawiał mnie w prawdziwe uniesienie - być może
nawet większe niż podczas zwiedzania najsłynniejszych katedr. O siódmej
rano obudziła mnie melodia, którą kiedyś śpiewała moja mama: "Po górach,
dolinach rozlega się dzwon
", wygrywana przez dzwon pobliskiego kościoła
Santa Maria Assunta.
W Loro Ciuffenna
zatrzymałam się na tydzień i mogłabym opisywać to miejsce bez końca, lecz
zdjęcia zapewne lepiej oddadzą jego urok. Kulminacją zachwytu była dla
mnie wizyta w położonym dwa kilometry od centrum kościele Pieve di San
Pietro a Gropina - jednym z najlepiej zachowanych i najstarszych w
Toskanii, sięgającym VIII wieku.
Droga do tego
romańskiego zabytku, kręta i pełna widoków, zajęła zaledwie kilka minut.
Surowa, kamienna fasada nie zapowiadała wnętrza - przestronnego, niemal
pozbawionego ozdób, a jednocześnie przenoszącego w świat wczesnego średniowiecza.
Szczególnie uwagę przyciągają rzeźby na kazalnicy oraz kapitele kolumn
- proste, niemal prymitywne, tak odmienne od misternych zdobień znanych
z wielkich bazylik. Każdy z nich przedstawia inne motywy - lwy, syreny,
konie, rycerzy czy fantastyczne stworzenia i demony. Byłam w kościele zupełnie
sama. Brakowało jedynie gregoriańskiego śpiewu i zakonnika z tonsurą, który
przemknąłby bezszelestnie po kamiennej posadzce.
W poszukiwaniu
toskańskich perełek zatrzymywałam się również w miejscach oferujących jeden
wyjątkowy zabytek, jak słynny Ponte Buriano. Ten XIII-wieczny most,
prawdopodobnie uwieczniony przez Leonarda na obrazie Mona Lisa, jeszcze
niedawno służył ruchowi drogowemu, dziś można przejść nim jedynie pieszo.
W drodze do
Castelfranco di Sopra zatrzymałam się przy opactwie San Salvatore
a Soffena - romańskiej budowli o grubych murach, małych oknach i dzwonnicy
górującej nad surową bryłą. Opactwo było zamknięte, więc jedynie obeszłam
je dookoła.
Castelfranco
di Sopra - senne miasteczko otoczone murami - podczas sjesty było niemal
całkowicie puste. Ciasne uliczki, skromny kościół i rozległe widoki wokół
tworzyły niepowtarzalny klimat. W drodze powrotnej mijałam niezwykłe formacje
skalne znane jako Le Balze. Powstały w wyniku erozji osadów dawnego
jeziora istniejącego w dolinie Arno w epoce pliocenu i plejstocenu. Były
badane i szkicowane przez Leonarda da Vinci.
Monteriggioni
to maleńkie miasteczko otoczone wysokimi murami, z niewielkim kościołem
i kilkoma uliczkami. Rozświetlone popołudniowym słońcem mury zachwycały
ciepłymi barwami. W ciszy zatrzymywałam się co kilka kroków, by uchwycić
nie tylko potężne wieże czy główny plac, ale i drobne detale - stare drzwi
czy kolorowy rower służący jako stojak na kwiaty. W promieniach zachodzącego
słońca żegnały mnie krajobrazy okolicznego regionu Chianti - uznawanego
za jeden z najpiękniejszych w Toskanii. To właśnie on zamykał moją podróż
"między wzgórzami a ciszą".
Tę podróż będę
wspominać wielokrotnie. W przeciwieństwie do zwiedzania wielkich miast,
zapamiętałam z niej niemal każdy szczegół. Był to dla mnie także głęboki
odpoczynek - dla ducha i dla ciała. Ducha - poprzez zachwyt nad pięknem
przyrody i dziełami człowieka, kontemplowanymi bez pośpiechu i w samotności.
Ciała - dzięki spokojnym spacerom wśród winnic i gajów oliwnych, krętymi
drogami otoczonymi kamiennymi murkami, na których wygrzewają się jaszczurki,
a w szczelinach rosną kwiaty.
Z każdym dniem
coraz bardziej przekonywałam się, że to właśnie te małe miejscowości są
prawdziwym sercem tej niezwykłej krainy.
Bo Toskania
nie zaczyna się tam, gdzie stoją kolejki turystów - lecz tam, gdzie słychać
tylko dzwony, wiatr i własne myśli.
Beata Gołembiowska
- pisarka, fotografka, reporterka torontońskiej Gazety. bgbooks.com.pl
Zdjęcia
autora.
|