| Kult rozwoju
Jeszcze
nigdy w historii człowiek nie miał tak wielu możliwości, by stać się lepszą
wersją siebie. Nigdy też nie był tak zmęczony próbami, by nią zostać.
Żyjemy w epoce
rozwoju osobistego. Włączamy telefon i zanim zdążymy wypić poranną kawę,
dowiadujemy się, że źle śpimy, niewłaściwie oddychamy, niepotrzebnie jemy
gluten, za mało się ruszamy, nie wykorzystujemy potencjału mózgu i nie
zarządzamy wystarczająco skutecznie własnym czasem. Każdego dnia ktoś pokazuje
nam nowy sposób na poprawienie siebie. Nie ma już zwykłych ludzi. Są projekty
w trakcie realizacji.
Rynek rozwoju
osobistego wart jest dziś dziesiątki miliardów dolarów i rośnie szybciej
niż wiele tradycyjnych branż. Coaching, kursy online, szkolenia, suplementacja,
biohacking, aplikacje monitorujące sen, aktywność i poziom stresu tworzą
ogromny przemysł oparty na jednym przekonaniu: obecna wersja ciebie nie
jest jeszcze wystarczająco dobra. Paradoks polega na tym, że nigdy wcześniej
człowiek nie miał większej wiedzy na temat zdrowia, psychologii i funkcjonowania
własnego organizmu. Jednocześnie liczba osób cierpiących na lęki, depresję
i wypalenie zawodowe stale rośnie. Według danych Światowej Organizacji
Zdrowia zaburzenia lękowe należą dziś do najczęściej występujących problemów
zdrowia psychicznego, a chroniczny stres stał się niemal znakiem naszych
czasów.
Skala tego
zjawiska robi wrażenie. Według analiz branżowych globalny rynek rozwoju
osobistego przekroczył już wartość 50 miliardów dolarów i ma rosnąć w najbliższych
latach o kilka procent rocznie. Rynek aplikacji zdrowotnych, monitorowania
aktywności fizycznej i jakości snu rozwija się jeszcze szybciej. Miliony
ludzi każdego dnia mierzą liczbę kroków, analizują fazy snu, poziom stresu
i spalane kalorie. Według danych Gallupa niemal połowa pracowników na świecie
deklaruje regularne odczuwanie stresu, a poziom wypalenia zawodowego osiąga
rekordowe wartości. Z kolei Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że zaburzenia
lękowe dotykają setek milionów ludzi. Paradoks naszych czasów polega na
tym, że im więcej wiemy o zdrowiu, produktywności i samodoskonaleniu, tym
częściej czujemy, że nie nadążamy za wymaganiami stawianymi przez świat
- i przez samych siebie.
Nieustannie
słyszymy, że możemy spać lepiej, pracować efektywniej, wyglądać młodziej,
żyć dłużej i osiągać więcej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że współczesny
człowiek znalazł się w sytuacji, w której rozwój z przywileju stał się
obowiązkiem. Kiedyś sukces oznaczał zdobycie szczytu. Dziś szczyt przesuwa
się każdego ranka o kilka metrów wyżej.
Być może dlatego
warto zadać pytanie, którego prawie nikt nie zadaje. Czy współczesny rozwój
osobisty nie stał się nową religią?
Religie od
zawsze obiecywały człowiekowi przemianę. Wskazywały drogę, określały zasady,
wyznaczały cele. Oferowały wizję lepszego życia i lepszego człowieka. Dziś
świątynie często nie mają wież ani dzwonów. Są nimi siłownie, gabinety
terapeutyczne, studia jogi, konferencje motywacyjne i profile influencerów.
Zamiast kapłanów mamy ekspertów od produktywności. Zamiast pielgrzymek
- kursy online. Zamiast zbawienia - samorealizację. Nie ma w tym nic złego.
Problem pojawia się wtedy, gdy rozwój przestaje być narzędziem, a staje
się obowiązkiem. Bo jeśli zawsze możesz być lepszy, oznacza to również,
że nigdy nie jesteś wystarczająco dobry.
Jeszcze kilkadziesiąt
lat temu człowiek porównywał się do sąsiadów. Dziś porównuje się do milionów
ludzi jednocześnie. Media społecznościowe stworzyły rzeczywistość, w której
codziennie oglądamy najlepsze fragmenty cudzego życia. Ktoś przebiegł maraton.
Ktoś schudł trzydzieści kilogramów. Ktoś zarobił pierwszy milion. Ktoś
wrócił właśnie z Bali po tygodniowym odosobnieniu duchowym. W tym samym
czasie przeciętny człowiek próbuje po prostu przeżyć kolejny wtorek. Nie
jest przypadkiem, że coraz częściej mówi się o epidemii niewystarczalności.
Problem nie polega na tym, że ludzie przestali się rozwijać. Problem polega
na tym, że wielu z nich uwierzyło, iż rozwój nigdy nie może się kończyć.
Zawsze można
przeczytać jeszcze jedną książkę. Zrobić jeszcze jeden kurs. Kupić jeszcze
jeden suplement. Przesłuchać jeszcze jeden podcast. Poprawić jeszcze jeden
parametr. Przesunąć jeszcze jedną granicę. I nagle okazuje się, że całe
życie zamienia się w niekończący się projekt modernizacji samego siebie.
Człowiek coraz rzadziej żyje, a coraz częściej zarządza własnym rozwojem.
Tymczasem istnieje
coś, o czym mówi się znacznie rzadziej. Nie mamy wpływu na miejsce urodzenia,
genetykę, rodziców, pierwsze lata życia ani większość doświadczeń, które
nas ukształtowały. A przynajmniej tak nam się wydaje. Coraz więcej osób
kwestionuje dziś nawet te założenia. Popularność książek dotyczących świadomości,
doświadczeń z pogranicza śmierci czy filmów takich jak "Disclosure" pokazuje,
że współczesny człowiek coraz częściej zadaje pytania, które jeszcze niedawno
należały wyłącznie do filozofów i mistyków. Czy jesteśmy jedynie biologicznym
organizmem? Czy świadomość jest produktem mózgu, czy czymś więcej? Czy
nasze życie jest serią przypadków, czy częścią większego procesu, którego
jeszcze nie rozumiemy? Odpowiedzi pozostają niejasne, ale same pytania
pokazują, jak bardzo próbujemy dziś zrozumieć własną naturę.
Niezależnie
od tego, w co wierzymy, każdy z nas otrzymuje inny zestaw kart. Jeden rodzi
się zdrowy, inny chory. Jeden przychodzi na świat w stabilnej rodzinie,
inny od pierwszego dnia musi walczyć o przetrwanie. Jeden otrzymuje wsparcie,
drugi samotność. A mimo to współczesna kultura często zachowuje się tak,
jakby wszyscy startowali z tej samej linii. To wygodna narracja. Pozwala
sprzedawać rozwiązania, szkolenia, kursy i gotowe recepty na sukces. Gorzej,
że nie zawsze ma wiele wspólnego z rzeczywistością.
Prawdziwy rozwój
nie polega przecież na kopiowaniu cudzych schematów. Nie każdy musi biegać
maratony. Nie każdy musi medytować o piątej rano. Nie każdy musi budować
markę osobistą i publikować inspirujące cytaty. Dla jednego człowieka rozwojem
będzie zdobycie kolejnego stopnia naukowego. Dla drugiego wyjście z depresji.
Dla trzeciego nauczenie się odpoczynku. Dla czwartego zakończenie toksycznej
relacji. Dla piątego zaakceptowanie własnych ograniczeń.
Być może największym
błędem współczesności jest przekonanie, że rozwój zawsze oznacza dodawanie
czegoś nowego. Nowych kompetencji, nowych doświadczeń, nowych osiągnięć.
Może czasami rozwój polega na usuwaniu. Usuwaniu lęku. Usuwaniu poczucia
winy. Usuwaniu cudzych oczekiwań. Usuwaniu przekonań, które nigdy nie były
nasze. Może nie stajemy się lepsi przez dokładanie kolejnych warstw. Może
stajemy się lepsi przez odkrywanie tego, co od początku znajdowało się
pod nimi.
Coraz bardziej
fascynuje mnie pytanie nie o to, jak stać się kimś innym. Interesuje mnie
pytanie, jak stać się bardziej sobą. Bo jeśli rozwój jest formą szacunku
do samego siebie, to obsesja rozwoju może być jego przeciwieństwem. Może
być nieustannym komunikatem wysyłanym do własnego wnętrza: "jeszcze nie
jesteś wystarczający".
Większość wielkich
filozofów nie mówiła o niekończącej się pogoni. Mówili o poznaniu siebie.
O świadomości. O harmonii. O życiu zgodnym z własną naturą. Być może największym
paradoksem XXI wieku jest to, że nigdy wcześniej człowiek nie miał tylu
możliwości, by się rozwijać, a jednocześnie tak często czuje się zagubiony.
Nigdy wcześniej nie miał tylu narzędzi do mierzenia jakości swojego życia,
a jednocześnie tak rzadko potrafi powiedzieć, że jest szczęśliwy. Nigdy
wcześniej nie wiedział tak wiele o ludzkim organizmie, a jednocześnie tak
często nie wie, kim jest.
Każdego dnia
ktoś mówi nam, że możemy być lepsi. Szczuplejsi. Bogatsi. Mądrzejsi. Piękniejsi.
Bardziej świadomi. Bardziej produktywni. Nikt nie pyta, czy potrafimy być
wystarczający. A może właśnie tam znajduje się odpowiedź. Może prawdziwy
rozwój nie polega na nieustannym poprawianiu siebie. Może polega na odwadze,
by wreszcie przestać przed sobą uciekać.
Anna Drutis
- dziennikarka, felietonistka, przewodnik po Toronto. Tel. 647-772-7060
anadrutis@gmail.com
|