| Cały świat jest oberżą
"Każdy w życiu
musi choć raz być kelnerem", wspomniałem kiedyś w rozmowie, wracając z
mojej podróży do Islandii. W tamte wakacje zatrzymałem się na dwa miesiące
w Reykjaviku, stolicy Wyspy Lodu i Ognia, gdzie na czas lata słońce właściwie
nie zachodzi. Gdy nie zwiedzałem południowej części kraju lub nie czytałem
islandzkich autorów, pracowałem w lokalnej rybnej restauracji. Nauczyłem
się islandzkiego na tyle, by zrozumieć wszystkie pozycje menu - od maskonura
przez fermentowanego rekina aż do wieloryba -, lecz zamówienia przyjmowałem
nadal po angielsku. Po wielu wysłanych mailach zdaje mi się, że dostałem
tę pracę dzięki mojej znajomości francuskiego albo doświadczeniu, które
zdobyłem w Londynie. Tam również wszystko było łutem szczęścia. Bądź zrządzeniem
losu, nazwijcie to jak chcecie. Studiowałem przez semestr na londyńskim
uniwersytecie, zaaplikowałem (czemu nie!) do restauracji specjalizującej
się w winie przy London Bridge i dostałem pozycję kelnera: serwowałem rytualny
Sunday
roast, jednej ze szczytów brytyjskiej kuchni; klienci przychodzili
degustować francuskie i włoskie wina lub kilkudziesięcioletnie porto; późną
jesienią zaczęły się Christmas parties i cała restauracja pachniała
indykiem oraz świątecznym puddingiem. Był to dla mnie inny świat, inna
rola: inne życie, które wiodłem równoległe ze studiami.
Restauracja
Stash Café, Vieux-Port, Montréal.
Podobnie w
Montrealu, gdzie od samego początku pracowałem nad moją rozprawą oraz w
restauracji. Te dwie rzeczy, jakkolwiek mogłyby zdawać się sobie obce,
były dla mnie nierozłączne: jedna jako refleksja prowadzona na marginesie
świata, a druga jako zanurzenie się w wirze życia. To prawda, że studia
kojarzymy z pracami dorywczymi takimi jak kelnerowanie. Czy nie możemy
jednak wyjść z tej wizji i nadać tej pracy więcej sensu?
Słowo "restauracja"
wywodzi się etymologicznie z francuskiego "restaurer", które oznacza,
odnośnie do ludzi, odnowę sił ("restaurer ses forces") lub odbudowę (to
znaczy przywrócenie lepszego stanu, synonim "rétablir"). To europejskie
średniowiecze, w ramach szerzenia chrześcijańskiej charytatywności, rozpowszechniło
tawerny i oberże, znajdujące się często na szlakach pielgrzymich, których
wiązanka splatała Stary Kontynent: dlatego też jeden z najstarszych i najsłynniejszych
angielskich pubów nosi nazwę Ye Olde Trip to Jerusalem, a albergues
na szlaku św. Jakuba nadal noszą pamięć o legendach i cudach sprzed kilkuset
lat. Niektórzy mediewiści uważają nawet, że epopeje takie jak Pieśń
o Rolandzie nie powstałyby, gdyby nie historie, którymi pielgrzymi
dzielili się w albergues wieczorem przy posiłku lub przekłuwając
sobie pęcherze. Do dziś niewiele się zmieniło. W istocie, miejsca te są
par
excellence wieloma miejscami (co Michel Foucault nazwał heterotopiami),
w tej samej mierze, co biblioteki, ogrody lub cmentarze; poza definiującą
je mnogością - pomyślmy choćby o relacji między atmosferą kuchni a sali
jadalnej, albo o rozmowach klientów - są one inne, gdyż oddzielone
od reszty świata, tak jak sanktuaria, choć w restauracjach nie ma miejsca
żaden kult ani ceremonia. Kojarzone są one raczej w niektórych tekstach
(mam na myśli zwłaszcza średniowieczne kazania) z grzechem, a to z powodu
pokus ciała, które czekałyby tam na pielgrzymów odbywających podróż przecież
duchową. Lecz czy nie odbywa się tam inny rytuał, równie znacząca wspólnota
obcych, która świętuje smaki, spotkania i rozmowy?
Restauracja
hotelu Château Eza, Francja
Choć nie zawsze
tak jest, bywają w restauracjach momenty - doświadczyłem ich wiele razy
w czasie kilku lat mojej pracy -, które mają w sobie coś z duchowego uniesienia:
kiedy za oknem szaleje burza, a języki świec jakby wiszą w półmroku sali
jadalnej; gdy dwóch nieznajomych zaczyna ze sobą rozmawiać przy barze i
zostają tam do końca wieczora; kiedy słyszysz parę słów, które normalnie
nie miałyby na tobie większego efektu, ale uderzają cię dlatego, że są
wypowiedziane właśnie w tym momencie. "To synchroniczność", powiedział
mi kiedyś starszy mężczyzna siedzący przy barze. W istocie restauracja
zdaje się niekiedy miniaturą życia, a czas rushu intensywnością przypomina
wspinaczkę po szczytach górskich lub swego rodzaju taniec,
w którym to
ciało, a nie umysł, pamięta wszystkie ruchy. Jest to przestrzeń progu
(dokładnie "liminalna"), w której jednak nie można zostać zbyt długo,
gdyż w przeciwnym wypadku stanie się ona błędnym kołem, z którego trudno
się wydostać.
Kto kiedyś
był kelnerem, ten wie, że ten zawód, jak zresztą wiele innych rzeczy w
życiu, opiera się na powtórzeniach. Powtarzalne jest nakrywanie stołów
i przedstawianie menu klientom. Powtarzalne jest robienie drinków i sprzątanie
po dniu pracy. Inne dni, te same gesty: wszystko się ze sobą zmywa. Mimo
to są w tej powtarzalności wariacje; co więcej, to właśnie powtarzal- ność
pozwala na rozwój, albo raczej na doskonalenie się (z francuskiego
"exceller"),
które nie zanurza nas w sterylnym powtarzaniu przeszłości, ale oferuje
przyszłe możliwości. Sala jadalna nie jest planszą gry, którą zaczynamy
zawsze od nowa i gdzie każdy gest jest prowizoryczny. Czy rytuały i refreny
piosenek nie opierają się przecież na powtórzeniach?
Bar Château
Frontenac
Kto bywa w
restauracjach, ten wie, że nie chodzi się tam tylko po to, żeby jeść i
pić. Jedzenie i picie, dzięki używanym składnikom - nie zawsze są one przecież
tymi, które mamy w domu - są oknami otwierającymi przed nami nowe horyzonty.
W ten sposób tawerny, oberże, puby i gospody są nie tylko miejscami stabilnymi,
istniejącymi dzięki ciągłemu ruchowi kelnerów i gości (wolę to słowo od
"klientów"), ale również wprawiają nas w ruch: podróżujemy dzięki
kuchni i miksologi, które wyciągają nas choćby na chwilę z naszych przyzwyczajeń
lub pozwalają powrócić do dzieciństwa; podróżujemy dzięki rozmowom, które
są czymś więcej, niż wymienia- nymi jak monety na ulicy small talks.
W końcu Ray Oldendburg nazwał kawiarenki i bary trzecimi miejscami, usytuowanymi
między pracą a domem, które pozwalają nam wydostać się z naszych baniek
i uczestniczyć w sposób nieformalny w społecznej różnorodności. W przeciwieństwie
do lotnisk i hoteli, w których to jesteśmy zaledwie zderzającymi się ze
sobą wolnymi elektronami, w restauracjach anonimowość pozwala nam wyjść
światu na spotkanie: wystarczy w sobotnią noc wejść do sali jadalnej wypełnionej
jak bary w czasie mundialu, by zdać sobie sprawę, że siadając pośród splatających
się ze sobą rozmów i spojrzeń uczestniczymy w czymś większym od nas samych.
Dlatego też
ważne jest, by w czasie, gdy trzecie miejsca zanikają z przestrzeni
publicznej, gdy życie jest jak gra nieznośnie lekkie i gdy nasze społeczeństwo
jest coraz bardziej zatomizowane, wyjść ze swojego mieszkania i powłóczyć
się trochę po mieście - montrealskie lato jest momentem idealnym do tego,
co nazywamy po francusku flanerie -, popatrzeć na witryny butików
i na zdobiące kamienice murale, a potem wejść do restauracji czy kawiarni,
tych miejsc opartych na serwisie, które złożone są z wielu i pozwalają
nam stać się kimś innym: kto wie, może nawet kelnerem i poczuć wtedy,
w czasie jednej z tych niekończących się zmian, gdy sala jadalna zdaje
się zawieszonym w nicości labiryntem, że cały świat mógłby być oberżą,
a my gośćmi i gospodarzami, aniołami na rozdrożach życia.
Mikołaj
Wyrzykowski - nauczyciel, przewodnik, autor i badacz zajmujący się
studiami
pielgrzymowania.
|