| Życie zwielokrotnione
(cz. 12)
Ad futuram rei memoriam
Trzy lata po obradach Okrągłego Stołu
"Solidarność" miała coraz gorsze notowania. Można było odnieść wrażenie,
że starano się zapomnieć o jej istnieniu. Jedynie kilka wysoko postawionych
osób od czasu do czasu powoływało się na swoją przeszłość w NSZZ "Solidarność".
Wielu z nas czuło się zepchniętych na margines. Nawet tym szczególnie represjonowanym
nikt dotąd nie powiedział prostego słowa: "dziękuję".
Dlatego pamięć Prymasa o naszym procesie
i jego krótkiej wizycie w Sądzie Wojskowym podczas rozprawy były dla mnie
wielkim wyróżnieniem oraz moralnym zadośćuczynieniem. Obszerniej opowiadam
o tym w książce "Za burtą legendy".
Muszę również wspomnieć o wzruszającym
artykule Magdaleny Umięckiej zatytułowanym "Jedenastu", który w tym samym
czasie ukazał się w "Tygodniku Solidarność". Kiedy organizowaliśmy strajk,
ta młoda dziennikarka prawdopodobnie uczęszczała jeszcze do szkoły podstawowej.
Jej artykuł stał się dla mnie najwspanialszą nagrodą za to, co zrobiłem
dla Polski. Zamieściłem go w "Epilogach" mojej książki "Za burtą legendy".
Polska początku lat dziewięćdziesiątych
wydawała się krajem rozwijającym się dynamicznie i wkraczającym na drogę
zdrowego kapitalizmu. Magdalena i ja również postanowiliśmy spróbować swoich
sił w interesach. Kiedy nasz krewny, Dariusz Konieczny, przedstawił nam
- jak się wówczas wydawało - korzystną propozycję, zaciągnęliśmy kredyt
bankowy i przekazaliśmy mu siedemdziesiąt tysięcy marek. Do dziś jest mi
winien ponad pięćdziesiąt tysięcy euro wraz z odsetkami. Miał problemy
z przestrzeganiem prawa i nie sądzę, abym kiedykolwiek odzyskał te pieniądze.
Od 13 do 18 grudnia 1991 roku "Kurier
Szczeciński" publikował w kolejnych numerach fragmenty mojej książki "Za
burtą legendy". Niestety nie otrzymałem za to wynagrodzenia. Obszerne fragmenty
książki ukazały się również w 49. numerze tygodnika "Ziemia i Morze" z
tego samego roku.
W 1992 roku w szczecińskim Klubie
Książki i Prasy odbyła się promocja "Za burtą legendy".
30 marca 1995 roku o godzinie 4.30
zmarła Magdalena, pokonana przez chorobę nowotworową. Została pochowana
na cmentarzu w berlińskiej dzielnicy Rudow.
Wieczne odpoczywanie racz Jej dać,
Panie.
W opiece nad Magdaleną bezinteresownie
i ofiarnie pomagały mi Aleksandra Malinkowa, nasza przyjaciółka i sąsiadka
z domu przy ulicy Długosza 9, oraz siostra Magdaleny, Luiza Tymków.
Na pogrzeb przybył w komplecie Chór
Polsko-Niemiecki w Berlinie, do którego należała Magdalena. Nad jej grobem
chórzyści pięknie zaśpiewali.
Po śmierci Magdaleny załamałem się
i przez pewien czas żyłem jak w letargu. Mieszkanie przejmowało pustką,
a ja byłem bliski obłędu. Nie przerwałem jednak pracy w szkole. Dyrektor
oraz grono pedagogiczne okazali mi w tym trudnym okresie wiele wyrozumiałości.
Próbując sobie pomóc, pojechałem
do Szczecina, aby uczestniczyć w podstawowym kursie Metody Silvy. Odzyskałem
dzięki niemu wewnętrzny spokój. W następnym roku ukończyłem kurs wyższego
stopnia, obejmujący także naukę technik uzdrawiania. Uczestnictwo w obu
kursach zostało potwierdzone dyplomami.
Nie skorzystałem z sugestii, aby
porozmawiać z psychologiem lub psychiatrą ani przyjmować silnych środków
uspokajających. Przeczytałem natomiast kilka mądrych książek o śmierci,
żałobie i towarzyszących jej emocjach. One pomogły mi zrozumieć własne
przeżycia.
Wydawało mi się, że mam do wyboru
dwie drogi. Pierwszą było pozostanie cierpiącym przez miesiące lub lata
wdowcem, otoczonym współczuciem. Drugą - zdecydowane odcięcie się od przeszłości
i rozpoczęcie nowego etapu życia, nawet jeśli miałoby się to spotkać z
niezrozumieniem, dezaprobatą lub towarzyskim odrzuceniem.
Wybrałem tę drugą. Pomogła mi w tym
pewna tajemnica, którą zabiorę ze sobą do grobu, a także przypadek, przeznaczenie
albo Najwyższy. Być może wszystko naraz. Jak to w życiu bywa, każda decyzja
może znaleźć zarówno zwolenników, jak i krytyków.
Może ktoś uzna ten fragment za niestosowny,
ale skoro opisuję własne życie, muszę wspomnieć także o dwóch ciemnych,
długowłosych jamniczkach - Buli i Mogli. Towarzyszyły mi przez piętnaście
lat, na dobre i na złe. Byłem do nich bardzo przywiązany i troskliwie o
nie dbałem. Dzięki nim codziennie odbywałem długie spacery, które pozwalały
mi zachować kondycję i zdrowie.
Śmierć Buli 21 lipca 1995 roku, a
następnie Mogli 23 października 1998 roku bardzo przeżyłem. One również
zajmowały ważne miejsce w moim życiu.
Niedługo po śmierci Magdaleny wynająłem
pokój sympatycznemu małżeństwu, Alicji i Wojciechowi Stockingerom, pracownikom
niedawno rozwiązanego Radia Wolna Europa. Nasza znajomość przerodziła się
w serdeczną przyjaźń, która trwa do dziś. Warto ją odnotować, ponieważ
tak długie i trwałe relacje stają się w obecnych czasach coraz rzadsze.
W latach gospodarczego rozkwitu mieszkańcy
Republiki Federalnej Niemiec często pozbywali się rzeczy, które nadal doskonale
działały i były niemal nowe, zastępując je jeszcze nowszymi. Piwnice gimnazjum,
w którym pracowałem, zapełniały się takimi przedmiotami. Zgłaszało się
do mnie również wiele osób pragnących ofiarować niepotrzebne już wyposażenie.
Z tych zapasów i darowizn wyposażyłem
nowo powstające gimnazjum o profilu harcerskim w Koninie, szkołę podstawową
w Cięcinie koło Żywca oraz salkę parafialną w Szczecinie. Przekazałem także
środki czystości Integracyjnemu Przedszkolu Zdrowia i Szpitalowi na Pomorzanach
w Szczecinie. Było ponadto wiele indywidualnych form pomocy.
W tym miejscu muszę cofnąć się do
czasów stanu wojennego. Pomoc mieszkańców RFN, którzy wysłali do Polski
miliony paczek, była imponująca i godna trwałej pamięci. Wyjeżdżając z
kraju, otrzymałem długą listę adresów osób potrzebujących wsparcia. Do
udziału w tej akcji zachęciłem wielu berlińczyków, którzy reagowali bardzo
chętnie i spontanicznie.
Niestety, mimo że do każdej paczki
wkładaliśmy prośbę o potwierdzenie odbioru, odpowiedzi do nas nie docierały.
Próbowałem wyjaśniać darczyńcom, że część przesyłek mogła ginąć po drodze
lub trafiać w niepowołane ręce. Trudno im było w to uwierzyć, zwłaszcza
że niektóre paczki przekazywano bezpośrednio odbiorcom za pośrednictwem
organizacji charytatywnych i prywatnych przewoźników. Brak jakiejkolwiek
wiadomości musiał pozostawić w darczyńcach poczucie rozczarowania.
24 maja 1995 roku poznałem Urszulę
Konkol, pracującą wówczas w pracowni ortodoncji Akademii Medycznej na Pomorzanach.
Była rozwódką. Ściśle mówiąc, tego samego dnia zobaczyliśmy się dwukrotnie.
Rano pojawiłem się w letnim garniturze
i z siwą brodą. Współpracownicy Urszuli uznali mnie podobno za "starego
dziada", który zupełnie do niej nie pasował. Po południu przyszedłem ogolony
i ubrany na sportowo. Tym razem nie zostałem rozpoznany - nawet przez Urszulę.
Chwilę porozmawialiśmy i właśnie ta chwila zadecydowała o dalszych losach
najpierw moich, a później naszych.
Miałem wówczas pięćdziesiąt dziewięć
lat, a Urszula była ode mnie o sześć lat młodsza. Czy "miłość od pierwszego
wejrzenia" jest jedynie miłym powiedzeniem i poetycką przenośnią, czy może
być rzeczywistością? Czy miłość jest zarezerwowana wyłącznie dla młodych?
Czy uczucie między ludźmi zbliżającymi się do sześćdziesiątki powinno być
czymś wstydliwym, niestosownym albo śmiesznym?
Nie mam żadnych wątpliwości: zakochałem
się od pierwszego wejrzenia. Uczucie było równie silne jak zawsze wtedy,
gdy kochałem naprawdę. Z upływem lat poznałem też prostą receptę na podtrzymywanie
miłości: codziennie kilka razy pocałuj żonę i powiedz jej, że ją kochasz
- niezależnie od wieku.
Zaprosiłem Urszulę do Berlina, a
później na wakacje do mojego domu na Węgrzech. Następnie oświadczyłem się
jej i zaproponowałem małżeństwo, prosząc jednocześnie, aby ślub odbył się
bez rozgłosu i wcześniejszego powiadamiania mojej rodziny. Wiedziałem,
że tempo wydarzeń mogłoby zostać uznane za niestosowne, dlatego wolałem
uniknąć komentarzy i plotek.
Trzeba zaznaczyć, że Urszula proponowała,
abyśmy poczekali jeszcze rok. To ja byłem niecierpliwy i usilnie nalegałem
na ślub.
30 grudnia 1995 roku w Urzędzie Stanu
Cywilnego Szczecin-Pogodno powiedzieliśmy sobie sakramentalne "tak".
Krzysztof Jagielski - pisarz,
członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność"
w Szczecinie.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI
|