| Emigracyjne drogi - Kanada
(cz. 28)
Joleczka - pierwsze miesiące w
Kanadzie
W tym samym czasie, gdy dzieci adaptowały
się do warunków codziennej szkoły, Joleczka pilnie uczyła się języka francuskiego.
W tym celu uczęszczała na sponsorowany przez rząd, przeznaczony dla nowych
imigrantów, 30-tygodniowy całodzienny program o nazwie COFI (Centre dorientation
et de formation des immigrants).
Program obejmował kursy języka francuskiego
na różnych poziomach zaawansowania. Uczestnicy byli przydzielani do poszczególnych
grup na podstawie testów wstępnych, ocenianych według określonego systemu
punktowego. Większość imigrantów zaczynała od poziomu zerowego i uczyła
się najbardziej podstawowego, praktycznego języka codziennego, tak aby
po 30 tygodniach nauki móc sobie jakoś poradzić w nowej rzeczywistości.
Joleczka, po roku nauki francuskiego
jeszcze na Politechnice, zakwalifikowała się najpierw do grupy średnio
zaawansowanej. Już po kilku tygodniach jej instruktorka, widząc szybkie
tempo, w jakim Joleczka przyswajała język, oraz jej zniecierpliwienie powolnymi
postępami innych uczestników, pomogła jej przenieść się do grupy zaawansowanej.
Tam uczono już nie tylko bardziej wyrafinowanego języka konwersacyjnego,
ale także języka pisanego.
Dopiero tam Joleczka zaczęła się
czuć dużo lepiej. Wśród uczestników COFI przeważali hispanofoni, ale byli
również Europejczycy, Arabowie, Azjaci i Afrykańczycy, a więc cały wielokulturowy
wachlarz. Niektórzy niechętnie chodzili na kurs. Znając już angielski,
uważali naukę francuskiego za zbędne, narzucone obciążenie. Podejmowali
każdą, choćby nisko płatną pracę, i szukali wymówek, aby od kursu się wymigać.
Inni cenili sobie możliwość poznawania nie tylko języka i kultury quebeckiej,
ale również innych kultur. Chętnie spędzali wspólnie przerwy, zawierali
przyjaźnie, a nawet związki, tworząc niejako rozszerzoną rodzinę.
Joleczka znalazła się w 17-osobowej
grupie, w której było wielu z łatwością przyswajających nowy język Latynosów,
a także Rumunka, Arabka, Chinka i kilku Polaków. Grupa robiła szybkie postępy.
Dla Joleczki niezwykłym i intensywnym przeżyciem było codzienne spotykanie
się i pracowanie z ludźmi o tak różnych charakterach, poziomach wykształcenia
oraz poglądach kulturowych, religijnych i politycznych. O każdej z tych
postaci można by opowiedzieć ciekawą historię.
Jedna ze studentek, Alicja z Argentyny,
musiała razem z rodziną wyemigrować ze swojego kraju, ponieważ z powodu
przekonań politycznych zrobiło się tam dla nich niebezpiecznie. Alicja
była zagorzałą komunistką, a jej gorącym pragnieniem było osiedlenie się
w ZSRR, który uwielbiała jako kolebkę komunizmu. Wystąpiła o azyl w Związku
Radzieckim, ale ku jej głębokiemu rozczarowaniu spotkała się z odmową.
Kiedy przesiadywała z Joleczką przy kawie, głośno wyrażała swoją niechęć
do kapitalizmu, nie zdając sobie nawet sprawy, że w radzieckim komunizmie
nie miałaby swobody takiego wyrażania opinii. Skarżyła się na niesprawiedliwość
losu, jaka ją spotkała. Gotowa była do wszelkich poświęceń, aby tylko zamieszkać
w ZSRR, ale napotykała trudności w uzyskaniu pozwolenia na imigrację do
tak uwielbianego przez siebie kraju.
Joleczka roześmiała się i powiedziała:
- Ty nawet nie wiesz, jakie błogosławieństwo
cię spotkało.
Joleczce, która ledwie zdążyła odetchnąć
od stosunkowo łagodnej jeszcze formy "komunistycznego raju" w Polsce, nie
mieściło się w głowie, jak ktoś może być tak bardzo oderwany od rzeczywistości.
Inną dziewczyną, z którą Joleczka
się zaprzyjaźniła, była Arabka z Libanu. Stale powtarzała, że chce wrócić
do swojej ojczyzny i nie zamierza pozostawać w Kanadzie. Inni oburzali
się:
- Jak to? Przecież w Libanie kobiety
nie mają żadnych swobód ani praw, żyją w poniżeniu. Jak mogłabyś to znosić
teraz, kiedy widzisz, jak kobiety żyją tutaj, mając pełne równouprawnienie,
prawo do pracy i nauki?
-To bzdury - odpowiadała Libanka.
- Tutaj kobieta jest pozostawiona sama sobie, zdana na łaskę losu. Tam
dziewczyna zawsze znajduje się pod czyjąś opieką. Najpierw opiekują się
nią rodzice, później mąż, a jeśli mąż zaginie lub umrze, musi się nią zaopiekować
jego brat albo rodzina. I tak wygląda to w całej rodzinie. Kobieta nigdy
nie jest porzucona ani pozostawiona sama sobie.
Tu przypomniałem sobie opowieść Rabindranatha
Tagorea o tym, jak bardzo rola i sytuacja kobiety są niewłaściwie rozumiane
w Ameryce. On sam z miłością wyrażał się o szczególnym miejscu kobiety
w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym Indii.
Libanka, obdarzona pięknymi arabskimi
rysami, w najmniejszym stopniu nie była zahukana ani wycofana. Była rzutka,
inteligentna, bystra i pewna siebie. Poznała teraz ten świat, znała już
tamten i zdecydowała, że jednak chce wrócić. I to bardzo.
W grupie Joleczki była także bardzo
miła Chinka, która trzymała się raczej na uboczu. Było również dwóch Polaków.
Musieli należeć w Polsce do wysokiej klasy akrobatów. Jeden z nich podrzucał
drugiego, który wykonywał salta - była to akrobacja w parze. Występowali
nawet w montrealskim cyrku.
Później poznali dziewczynę, również
Polkę i akrobatkę, która specjalizowała się w podrzucaniu partnera. Mniejszy
i szczuplejszy z Polaków, dotychczas podrzucany przez swojego kolegę, połączył
się w parę właśnie z nią. On był maleńki, lekki i szczupły, ona zaś mocarna
i przy kości. Zaczęli występować razem, ale coś im nie wychodziło i nie
zdobyli popularności. Być może dlatego, że to właśnie dziewczyna podrzucała
chłopaka. Wydaje się, że za normalne i powszechnie przyjęte uważa się,
gdy chłopak podrzuca chłopaka albo dziewczynę, a może nawet gdy dziewczyna
podrzuca dziewczynę. Jakoś jednak nie przyjęło się, żeby to dziewczyna
podrzucała chłopaka... Kto to wie.
Drugi Polak akrobata został bez partnera
i jego cyrkowa kariera dobiegła końca. Wkrótce związał się z dziewczyną
z COFI. Mieli razem dziecko, ale im również coś się nie układało i później
się rozeszli.
Joleczka dobrze wspomina tę grupę.
Nie była to wyłącznie nauka języka, lecz także szkoła życia w Kanadzie.
Uczestnicy chodzili do teatrów i na przedstawienia operowe, dyskutowali
o kulturze, ale również o sprawach praktycznych, takich jak system podatkowy,
płacenie rachunków, wynajmowanie mieszkania, a nawet korzystanie z faksu
czy telefonu.
No dobrze, ale co dalej...
Jan Duniewicz - magister
inżynier, doradca międzynarodowy w biznesie, przywództwie i transformacji
osobistej.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI |