| Emigracyjne drogi - Kanada
(cz. 28)
Znajdowanie prawdziwej pracy
Wkrótce po wizycie u Marion, mojej
już teraz osobistej agentki do poszukiwania pracy, zadzwonił do mnie Tolek.
Witajcie panie kolego Janie Duniewiczu
- powiedział swym spokojnym dobitnym basem - słyszałem, że you are looking
for a job, że szukacie pracy...
(Tolek często wtrącał angielskie
słowa do swego już zagranicznego polskiego. Robił to bez żadnej żenady
a nawet z lekka niedbałą emfazą. Zauważyłem później tę cechę u wielu Polaków,
którzy przebywali dłużej w Ameryce. Nie tylko przetykali oni swą polszczyznę
angielszczyzną, ale wręcz nabierali w swym polskim mocnego akcentu, mimo
że o dziwo ich angielski miał także silny akcent polski. Doszło do tego,
że kiedyś Tolek przedstawił mnie swemu koledze anglofonowi torturując moje
nazwisko na anglofonski sposób: "Dys yz myster daniełyc" - powiedział ku
mojemu horrendalnemu zdumieniu. Długo mu to pamiętałem i dopiero po latach
wypomniałem. "No wiesz... - odpowiedział na to Tolek zupełnie bez najmniejszego
poczucia wstydu - chciałem mu make it easy, chciałem mu ułatwić zapamiętanie
twojego nazwiska.". Śmiałem się z tego długo... "Wytłumacz mi Tolek, jak
komuś może być łatwiej zapamiętać nieprawdziwe "daniełyc" od prawdziwego
"duniewicz"?)
Tolek zawiesił głos i gdy ja milczałem
czekając na ciąg dalszy dodał po chwili:
Nie to, żeby mnie to surprised...
bo przecież dopiero co przyjechałeś...
Ano szukam pracy, ano szukam, drogi
Tolku - odpowiedziałem równie lekkim tonem.
No to właśnie nadarza się taka okazja.
- ciągnął Tolek. - W mojej pracy otwieramy nowy department i potrzebujemy
specjalisty, kogoś takiego jak ty. Czy chciałbyś pracować u nas jako elektronik-programmer?
Would you be interested?
To brzmi bardzo ciekawie, Tolku,
- odpowiedziałem ochoczo - oczywiście, że mnie to interesuje.
No to dobrze - Tolek na to - ja już
wstępnie rozmawiałem z Hu. On jest boss tego teamu i ja mogę cię umówić
z nim na interview. Nie mogę ci nic zagwarantować for sure, ale to dobrze
wygląda... i Hu jest porządny człowiek, dobrze by ci się z nim pracowało.
Zbyszek u niego pracował i był zadowolony.
Chodziło o Micom. Była to firma komputerowa
istniejąca i rozwijająca się w szalonym tempie od prawie dziesięciu lat.
W czasie, gdy znaleźliśmy się w Kanadzie,
Micom był poważną kompanią na poziomie $200 milionów rocznych dochodów
i jednym z czołowych producentów word-processingu i systemów automatyzacji
biura (dokładnie to czym się zajmowałem w mojej "taniej firmie" Alper&Pesch
w Wiedniu. Cóż za zbieg okoliczności! Przychodziłem więc na interview z
poważnym atutem w moim resume.
Tolek, ściągnięty do Micomu przez
Piotra, pracował tam już od dawna, właściwie prawie od początku firmy,
był szefem działu oprogramowania systemowego. Wraz z nim w tej samej firmie
choć w innych działach pracowali już, ściągnięci z kolei przez Tolka, Zbyszek,
Jarek. Wszyscy z tego samego wydziału Elektroniki, z tego samego roku,
a nawet z akademika na Księcia Janusza. Czy można było sobie wyobrazić
lepsza małą Polskę w Kanadzie?
Hu prowadził wywiad ze mną w sposób
bardzo nieformalny. Rozparty wygodnie w swym fotelu, uśmiechał się przy
każdej okazji. Był powściągliwy w słowach. Podczas gdy ja oczekiwałem pytań
podchwytliwych, Hu pytał o stosunkowo proste sprawy. Ponieważ znałem doskonale
temat byłem swobodny, mówiłem śmiało i z pewnością siebie, odpowiadałem
solidnie i ze znajomością rzeczy. Rozstaliśmy się tak, jak byśmy już z
sobą od dawna pracowali.
Zaledwie ochłonąłem po interview
w Micomie, gdy zadzwonił do mnie Kuba.
Słuchaj no, Janie. - mówi - Właśnie
wyszedłem z interview w firmie Bell Northern Research. Miałem tam długą
rozmowę w sprawie pracy, którą mi zaoferowano. Zdecydowałem jednak, że
pozycja, którą mi oferowano, nie bardzo mi odpowiada, ale pomyślałem sobie,
że może ty byś był nią bardziej niż ja zainteresowany. To jest praca w
projektowaniu systemów i w programowaniu. Ja nie jestem w tym za bardzo
dobry i nie bardzo chcę iść w tym kierunku, a wiem, że ty się tym zajmowałeś
w Austrii. Czy by cię to interesowało?
Co miałem odpowiedzieć? Był to następny
dar spadający z nieba. Oczywiście, że mnie to interesowało... Czekałem
na odpowiedź z Micomu i ta nowa możliwość jeszcze bardziej zwiększała moje
szanse znalezienia pracy. Czym więcej opcji tym lepiej.
Kuba podał mi namiary na osobę w
BNR o nazwisku Desmond Wood.
Wygląda na to - powiedział Kuba -
że Desowi śpieszy się z obsadzeniem tego stanowiska i był rozczarowany,
że mu odmówiłem.
Zadzwoniłem do Desa, przedstawiłem
mu się i po krótkiej wymianie informacji Des poprosił mnie o przesłanie
resume.
Nazajutrz zadzwonił do mnie Tolek
i oznajmił, że zostałem przyjęty do Micomu i że oferta na piśmie jest już
w drodze. W tym samym dniu, gdy przyszła oferta z Micomu, zadzwonił do
mnie Des i umówiliśmy się na spotkanie. Szedłem na to spotkanie w skowronkach,
bo miałem już jedną solidną ofertę w kieszeni.
Bell Northern Research (BNR) to,
w tym czasie, był zespól ośrodków i laboratoriów badawczo-rozwojowych utworzony
przez olbrzymie kanadyjsko-amerykańskie duo telekomunikacyjne: Northern
Telecom i Bell. Laboratoria BNR miały za zadanie prowadzić badania nad
najnowocześniejszą technologią telekomunikacyjną oraz procesami wprowadzania
jej w życie i utrzymywania w ruchu. Trójkąt Northern Telecom, Bell i BNR
monopolizował oba kontynenty Ameryki w dziedzinie prac badawczo-rozwojowych
nad produkcją i obsługą analogowych i cyfrowych central telefonicznych
oraz ich sieci. Nazwa BNR, wypowiadana jednym ciągłym słowem "bi-en-ar",
była jak "sezamie otwórz się" w rozmowach profesjonalnych, był to synonim
wysokiej rangi profesjonalizmu i najnowszej techniki telekomunikacji światowej.
I ja tam miałem się starać o pracę!!!...
Montrealskie BNR mieściło się w nierzucającym
się w oczy czteropiętrowym budynku i - ciekawym zbiegiem okoliczności -
na sławnej Wyspie Sióstr, którą z takim podziwem zwiedzaliśmy jeszcze niedawno
z Czesią i Tolkiem.
Drzwi wejściowe prowadziły do eleganckiego
hallu ze strażnikiem, z recepcją oraz z wewnętrznymi drzwiami, które otwierały
się automatycznie na magnetyczną kartę identyfikacyjną. Czekałem nie dłużej
niż kilka minut, gdy pojawił się Des i zaprowadził mnie do swego biura
na czwartym piętrze. Za oknem roztaczał się widok na spory kawałek Wyspy
Sióstr pokrytej białym śniegiem grudniowej zimy.
Des wypytał mnie o moje kwalifikacje,
wyraźnie zaimponowały mu moje doświadczenia z Europy. Gdy opowiadałem mu
o pracy w Austrii, po sposobie jakim wypytywał mnie o miasto Wiedeń, operę,
zamki i muzea, odczułem, że wzbudziłem w nim nostalgię za Europą i jej
kulturą. Des oprowadził mnie po piętrze pokazując mi miejsca pracy, przestrzenne
jednoosobowe przegródki z biurkiem, szafkami i komputerem, odgrodzone od
siebie półtorametrowymi parawanami dającymi poczucie prywatności. Pokazał
mi gabinety szefów wyższej rangi, a także komputerową salę laboratoryjną,
jeszcze pustą. Do niej właśnie Des poszukiwał specjalisty.
Widzisz - mówi - to jest tak... my
tu jesteśmy analitykami, teoretykami, planistami, a potrzebujemy kogoś,
kto by przetłumaczył nasze idee na język komputerowy, potrzebujemy programistę
systemowego, kogoś kto może pracować samodzielnie, analizować nasze potrzeby,
projektować i programować, taki człowiek orkiestra w dziedzinie oprogramowania.
W naszym oddziale w Ottawie jest cały olbrzymi dział z kilkudziesięcioma
specjalistami od programowania i projektowania, a tu w Montrealu nie mamy
nikogo i to stanowi poważną przeszkodę w komunikacji pomiędzy naszymi biurami.
No cóż, nawet w moich najlepszych
wyobrażeniach, nie mógłbym sobie wymyśleć lepszej pracy. Moje nadzieje
i oczekiwania przycupnęły jednak cichutko w sercu, aby nie zapeszyć i zachowywałem
twarz pokerzysty zarówno w stosunku do Desa, jak i do samego siebie.
Pozornie neutralnym tonem, oznajmiłem
Desowi, że mam już właśnie inną interesującą ofertę pracy i nie chciałbym
zwlekać z odpowiedzią, dlatego prosiłbym o niezwłoczną odpowiedź. Des przyjrzał
mi się spokojnie i powiedział, żebym się nie spieszył z odpowiedzią na
tę drugą ofertę, że jestem jego najlepszym kandydatem i że zostaje mu jedynie
czysta formalność sprawdzenia moich referencji i że jeśli wszystko pójdzie
dobrze, powinienem wkrótce otrzymać ofertę pracy.
I rzeczywiście już następnego dnia
otrzymałem od Desa odpowiedź, oferował mi pracę od zaraz, od najbliższego
poniedziałku, 5-go grudnia, zaledwie dwa tygodnie przed przerwą świąteczną.
Oferta opiewała na bajeczną dla mnie w tych czasach sumę 42,000 dolarów
rocznie plus bonus i 3-tygodniowe wakacje.
Gdy oznajmiłem Joleczce, że dostałem
jeszcze jedną ofertę pracy, rzuciła mi się z radością na szyję.
- Jaką i za ile? - spytała. Powiedziałem.
- Żartujesz.... popatrzyła na mnie
z niedowierzaniem. - przecież to aż 6 tysięcy więcej niż oferują ci w Micomie,
a 7 tysięcy więcej niż miałeś nadzieje, że w ogóle dostaniesz!!!
- Ale to nie wszystko, kochanie....
- Nie mogłem się doczekać, by nie dorzucić jeszcze jednej niezwykłej
wieści. - Zgadnij, gdzie w Montrealu jest siedziba BNR?
- No nie mam pojęcia... pewnie gdzieś
w śródmieściu?
- Nie... nie zgadniesz... powiem
ci, bo nigdy byś na to nie wpadła... dostałem pracę na Wyspie Sióstr!
Gdy już dostałem oficjalną ofertę,
powiadomiłem o tym Kubę. Bardzo się ucieszył, a po chwili roześmiał się
i poradził mi, żebym teraz zadzwonił do Marion.
- Czy ty wiesz, że Marion miała już
tę ofertę BNR na swoim biurku, gdy się z tobą wtedy spotkała? - mówi śmiejąc
się. - Gdyby ci ją wtedy zaoferowała, miała by już z ciebie 5,000 dolarów!
Przez swój własny brak rozeznania straciła całą swoją dolę. Mówię ci, zadzwoń
do niej, spadnie z krzesła, jak się dowie, niech się nauczy.... Tylko nie
mów jej - dodał szybko - że ja ci to powiedziałem, bo może jeszcze będę
chciał korzystać z jej usług.
- Kuba..., ale co mam zrobić z ofertą
Micomu? Tolek tak się starał i załatwił mi pracę, liczył na to, że może
będziemy razem pracować...
- Musisz patrzeć realistycznie...
popatrz tylko, praca w BNR jest wyśmienita, warunki też, poza tym BNR ma
wszędzie prestiż, stamtąd możesz wszędzie znaleźć pracę od razu, jakbyś
chciał kiedyś odejść. Nie sądzę, żeby Micom mógł z BNR konkurować, ale
decyzja jest twoja, zastanów się... zresztą nic nie stoi na przeszkodzie,
byś jeszcze ponegocjował trochę z Tolkiem, a nuż przebiją BNR.
Zadzwoniłem do Marion. Ogłosiłem
moją nowinę, tak z głupia frant. Powiadomiłem, że chwilowo nie będę potrzebował
jej usług. Nie omieszkałem się pochwalić, że otrzymałem dwie oferty i to
przed świętami i że obie opiewają na kwoty wyższe niż ta, którą jej początkowo
podałem, jako moje minimum. Gdy wypowiedziałem nazwę BNR jako mój ostateczny
wybór, zapadło długie milczenie... natychmiast zorientowała się, ile straciła,
oferta BNR była w jej ręku. Wprawdzie pewnie nie spadła z krzesła, ale
długo milczała, była długa cisza w słuchawce, zanim odpowiedziała.
- No cóż... przyznaję się, że zrobiłam
profesjonalny błąd - powiedziała ponuro - nie doceniłam cię... Będę musiała
zrewidować swoją ocenę Polaków, którzy przychodzą w dżinsach na interview.
Potem zadzwoniłem do Tolka i przedstawiłem
mu moją sytuację.
- Słuchaj, Tolek. - powiedziałem
- bardzo bym chciał z tobą pracować, ale popatrz w BNR dali mi sześć tysięcy
więcej, co mam zrobić?...
- No... sytuacja is clear -
odpowiedział Tolek - nie masz się nad czym zastanawiać byłbyś głupi
gdybyś nie przyjął takiej oferty i to z takiej kompanii jak BNR.
- No wiesz, Tolku. - powiedziałem.
- ale nie chciałbym, żebyś się czuł zawiedziony, w końcu ci zawdzięczam
pierwszą okazję.
- Cygan- rzucił Tolek sarkastycznie
- dla towarzystwa dał się powiesić. Nie bądź głupi, Janie.
Jan Duniewicz - magister
inżynier, doradca międzynarodowy w biznesie, przywództwie i transformacji
osobistej.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI |