.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: office@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Emigracyjne drogi - Kanada (cz. 28)

Znajdowanie prawdziwej pracy 

Wkrótce po wizycie u Marion, mojej już teraz osobistej agentki do poszukiwania pracy, zadzwonił do mnie Tolek. 

Witajcie panie kolego Janie Duniewiczu - powiedział swym spokojnym dobitnym basem - słyszałem, że you are looking for a job, że szukacie pracy... 

(Tolek często wtrącał angielskie słowa do swego już zagranicznego polskiego. Robił to bez żadnej żenady a nawet z lekka niedbałą emfazą. Zauważyłem później tę cechę u wielu Polaków, którzy przebywali dłużej w Ameryce. Nie tylko przetykali oni swą polszczyznę angielszczyzną, ale wręcz nabierali w swym polskim mocnego akcentu, mimo że o dziwo ich angielski miał także silny akcent polski. Doszło do tego, że kiedyś Tolek przedstawił mnie swemu koledze anglofonowi torturując moje nazwisko na anglofonski sposób: "Dys yz myster daniełyc" - powiedział ku mojemu horrendalnemu zdumieniu. Długo mu to pamiętałem i dopiero po latach wypomniałem. "No wiesz... - odpowiedział na to Tolek zupełnie bez najmniejszego poczucia wstydu - chciałem mu make it easy, chciałem mu ułatwić zapamiętanie twojego nazwiska.". Śmiałem się z tego długo... "Wytłumacz mi Tolek, jak komuś może być łatwiej zapamiętać nieprawdziwe "daniełyc" od prawdziwego "duniewicz"?)

Tolek zawiesił głos i gdy ja milczałem czekając na ciąg dalszy dodał po chwili:

Nie to, żeby mnie to surprised... bo przecież dopiero co przyjechałeś...

Ano szukam pracy, ano szukam, drogi Tolku - odpowiedziałem równie lekkim tonem.

No to właśnie nadarza się taka okazja. - ciągnął Tolek. - W mojej pracy otwieramy nowy department i potrzebujemy specjalisty, kogoś takiego jak ty. Czy chciałbyś pracować u nas jako elektronik-programmer? Would you be interested?

To brzmi bardzo ciekawie, Tolku, - odpowiedziałem ochoczo - oczywiście, że mnie to interesuje.

No to dobrze - Tolek na to - ja już wstępnie rozmawiałem z Hu. On jest boss tego teamu i ja mogę cię umówić z nim na interview. Nie mogę ci nic zagwarantować for sure, ale to dobrze wygląda... i Hu jest porządny człowiek, dobrze by ci się z nim pracowało. Zbyszek u niego pracował i był zadowolony.

Chodziło o Micom. Była to firma komputerowa istniejąca i rozwijająca się w szalonym tempie od prawie dziesięciu lat. 

W czasie, gdy znaleźliśmy się w Kanadzie, Micom był poważną kompanią na poziomie $200 milionów rocznych dochodów i jednym z czołowych producentów word-processingu i systemów automatyzacji biura (dokładnie to czym się zajmowałem w mojej "taniej firmie" Alper&Pesch w Wiedniu. Cóż za zbieg okoliczności! Przychodziłem więc na interview z poważnym atutem w moim resume.

Tolek, ściągnięty do Micomu przez Piotra, pracował tam już od dawna, właściwie prawie od początku firmy, był szefem działu oprogramowania systemowego. Wraz z nim w tej samej firmie choć w innych działach pracowali już, ściągnięci z kolei przez Tolka, Zbyszek, Jarek. Wszyscy z tego samego wydziału Elektroniki, z tego samego roku, a nawet z akademika na Księcia Janusza. Czy można było sobie wyobrazić lepsza małą Polskę w Kanadzie? 

Hu prowadził wywiad ze mną w sposób bardzo nieformalny. Rozparty wygodnie w swym fotelu, uśmiechał się przy każdej okazji. Był powściągliwy w słowach. Podczas gdy ja oczekiwałem pytań podchwytliwych, Hu pytał o stosunkowo proste sprawy. Ponieważ znałem doskonale temat byłem swobodny, mówiłem śmiało i z pewnością siebie, odpowiadałem solidnie i ze znajomością rzeczy. Rozstaliśmy się tak, jak byśmy już z sobą od dawna pracowali.

Zaledwie ochłonąłem po interview w Micomie, gdy zadzwonił do mnie Kuba.

Słuchaj no, Janie. - mówi - Właśnie wyszedłem z interview w firmie Bell Northern Research. Miałem tam długą rozmowę w sprawie pracy, którą mi zaoferowano. Zdecydowałem jednak, że pozycja, którą mi oferowano, nie bardzo mi odpowiada, ale pomyślałem sobie, że może ty byś był nią bardziej niż ja zainteresowany. To jest praca w projektowaniu systemów i w programowaniu. Ja nie jestem w tym za bardzo dobry i nie bardzo chcę iść w tym kierunku, a wiem, że ty się tym zajmowałeś w Austrii. Czy by cię to interesowało?

Co miałem odpowiedzieć? Był to następny dar spadający z nieba. Oczywiście, że mnie to interesowało... Czekałem na odpowiedź z Micomu i ta nowa możliwość jeszcze bardziej zwiększała moje szanse znalezienia pracy. Czym więcej opcji tym lepiej. 

Kuba podał mi namiary na osobę w BNR o nazwisku Desmond Wood. 

Wygląda na to - powiedział Kuba - że Desowi śpieszy się z obsadzeniem tego stanowiska i był rozczarowany, że mu odmówiłem. 

Zadzwoniłem do Desa, przedstawiłem mu się i po krótkiej wymianie informacji Des poprosił mnie o przesłanie resume.

Nazajutrz zadzwonił do mnie Tolek i oznajmił, że zostałem przyjęty do Micomu i że oferta na piśmie jest już w drodze. W tym samym dniu, gdy przyszła oferta z Micomu, zadzwonił do mnie Des i umówiliśmy się na spotkanie. Szedłem na to spotkanie w skowronkach, bo miałem już jedną solidną ofertę w kieszeni.

Bell Northern Research (BNR) to, w tym czasie, był zespól ośrodków i laboratoriów badawczo-rozwojowych utworzony przez olbrzymie kanadyjsko-amerykańskie duo telekomunikacyjne: Northern Telecom i Bell. Laboratoria BNR miały za zadanie prowadzić badania nad najnowocześniejszą technologią telekomunikacyjną oraz procesami wprowadzania jej w życie i utrzymywania w ruchu. Trójkąt Northern Telecom, Bell i BNR monopolizował oba kontynenty Ameryki w dziedzinie prac badawczo-rozwojowych nad produkcją i obsługą analogowych i cyfrowych central telefonicznych oraz ich sieci. Nazwa BNR, wypowiadana jednym ciągłym słowem "bi-en-ar", była jak "sezamie otwórz się" w rozmowach profesjonalnych, był to synonim wysokiej rangi profesjonalizmu i najnowszej techniki telekomunikacji światowej. 

I ja tam miałem się starać o pracę!!!... 

Montrealskie BNR mieściło się w nierzucającym się w oczy czteropiętrowym budynku i - ciekawym zbiegiem okoliczności - na sławnej Wyspie Sióstr, którą z takim podziwem zwiedzaliśmy jeszcze niedawno z Czesią i Tolkiem. 

Drzwi wejściowe prowadziły do eleganckiego hallu ze strażnikiem, z recepcją oraz z wewnętrznymi drzwiami, które otwierały się automatycznie na magnetyczną kartę identyfikacyjną. Czekałem nie dłużej niż kilka minut, gdy pojawił się Des i zaprowadził mnie do swego biura na czwartym piętrze. Za oknem roztaczał się widok na spory kawałek Wyspy Sióstr pokrytej białym śniegiem grudniowej zimy. 

Des wypytał mnie o moje kwalifikacje, wyraźnie zaimponowały mu moje doświadczenia z Europy. Gdy opowiadałem mu o pracy w Austrii, po sposobie jakim wypytywał mnie o miasto Wiedeń, operę, zamki i muzea, odczułem, że wzbudziłem w nim nostalgię za Europą i jej kulturą. Des oprowadził mnie po piętrze pokazując mi miejsca pracy, przestrzenne jednoosobowe przegródki z biurkiem, szafkami i komputerem, odgrodzone od siebie półtorametrowymi parawanami dającymi poczucie prywatności. Pokazał mi gabinety szefów wyższej rangi, a także komputerową salę laboratoryjną, jeszcze pustą. Do niej właśnie Des poszukiwał specjalisty.

Widzisz - mówi - to jest tak... my tu jesteśmy analitykami, teoretykami, planistami, a potrzebujemy kogoś, kto by przetłumaczył nasze idee na język komputerowy, potrzebujemy programistę systemowego, kogoś kto może pracować samodzielnie, analizować nasze potrzeby, projektować i programować, taki człowiek orkiestra w dziedzinie oprogramowania. W naszym oddziale w Ottawie jest cały olbrzymi dział z kilkudziesięcioma specjalistami od programowania i projektowania, a tu w Montrealu nie mamy nikogo i to stanowi poważną przeszkodę w komunikacji pomiędzy naszymi biurami.

No cóż, nawet w moich najlepszych wyobrażeniach, nie mógłbym sobie wymyśleć lepszej pracy. Moje nadzieje i oczekiwania przycupnęły jednak cichutko w sercu, aby nie zapeszyć i zachowywałem twarz pokerzysty zarówno w stosunku do Desa, jak i do samego siebie. 

Pozornie neutralnym tonem, oznajmiłem Desowi, że mam już właśnie inną interesującą ofertę pracy i nie chciałbym zwlekać z odpowiedzią, dlatego prosiłbym o niezwłoczną odpowiedź. Des przyjrzał mi się spokojnie i powiedział, żebym się nie spieszył z odpowiedzią na tę drugą ofertę, że jestem jego najlepszym kandydatem i że zostaje mu jedynie czysta formalność sprawdzenia moich referencji i że jeśli wszystko pójdzie dobrze, powinienem wkrótce otrzymać ofertę pracy. 

I rzeczywiście już następnego dnia otrzymałem od Desa odpowiedź, oferował mi pracę od zaraz, od najbliższego poniedziałku, 5-go grudnia, zaledwie dwa tygodnie przed przerwą świąteczną. Oferta opiewała na bajeczną dla mnie w tych czasach sumę 42,000 dolarów rocznie plus bonus i 3-tygodniowe wakacje.

Gdy oznajmiłem Joleczce, że dostałem jeszcze jedną ofertę pracy, rzuciła mi się z radością na szyję.

- Jaką i za ile? - spytała. Powiedziałem.

- Żartujesz.... popatrzyła na mnie z niedowierzaniem. - przecież to aż 6 tysięcy więcej niż oferują ci w Micomie, a 7 tysięcy więcej niż miałeś nadzieje, że w ogóle dostaniesz!!!

- Ale to nie wszystko, kochanie.... -  Nie mogłem się doczekać, by nie dorzucić jeszcze jednej niezwykłej wieści. - Zgadnij, gdzie w Montrealu jest siedziba BNR?

- No nie mam pojęcia... pewnie gdzieś w śródmieściu?

- Nie... nie zgadniesz... powiem ci, bo nigdy byś na to nie wpadła... dostałem pracę na Wyspie Sióstr!

Gdy już dostałem oficjalną ofertę, powiadomiłem o tym Kubę. Bardzo się ucieszył, a po chwili roześmiał się i poradził mi, żebym teraz zadzwonił do Marion.

- Czy ty wiesz, że Marion miała już tę ofertę BNR na swoim biurku, gdy się z tobą wtedy spotkała? - mówi śmiejąc się. - Gdyby ci ją wtedy zaoferowała, miała by już z ciebie 5,000 dolarów! Przez swój własny brak rozeznania straciła całą swoją dolę. Mówię ci, zadzwoń do niej, spadnie z krzesła, jak się dowie, niech się nauczy.... Tylko nie mów jej - dodał szybko - że ja ci to powiedziałem, bo może jeszcze będę chciał korzystać z jej usług.

- Kuba..., ale co mam zrobić z ofertą Micomu? Tolek tak się starał i załatwił mi pracę, liczył na to, że może będziemy razem pracować...

- Musisz patrzeć realistycznie... popatrz tylko, praca w BNR jest wyśmienita, warunki też, poza tym BNR ma wszędzie prestiż, stamtąd możesz wszędzie znaleźć pracę od razu, jakbyś chciał kiedyś odejść. Nie sądzę, żeby Micom mógł z BNR konkurować, ale decyzja jest twoja, zastanów się... zresztą nic nie stoi na przeszkodzie, byś jeszcze ponegocjował trochę z Tolkiem, a nuż przebiją BNR. 

Zadzwoniłem do Marion. Ogłosiłem moją nowinę, tak z głupia frant. Powiadomiłem, że chwilowo nie będę potrzebował jej usług. Nie omieszkałem się pochwalić, że otrzymałem dwie oferty i to przed świętami i że obie opiewają na kwoty wyższe niż ta, którą jej początkowo podałem, jako moje minimum. Gdy wypowiedziałem nazwę BNR jako mój ostateczny wybór, zapadło długie milczenie... natychmiast zorientowała się, ile straciła, oferta BNR była w jej ręku. Wprawdzie pewnie nie spadła z krzesła, ale długo milczała, była długa cisza w słuchawce, zanim odpowiedziała.

- No cóż... przyznaję się, że zrobiłam profesjonalny błąd - powiedziała ponuro - nie doceniłam cię... Będę musiała zrewidować swoją ocenę Polaków, którzy przychodzą w dżinsach na interview.

Potem zadzwoniłem do Tolka i przedstawiłem mu moją sytuację.

- Słuchaj, Tolek. - powiedziałem - bardzo bym chciał z tobą pracować, ale popatrz w BNR dali mi sześć tysięcy więcej, co mam zrobić?...

- No... sytuacja is clear  - odpowiedział Tolek  - nie masz się nad czym zastanawiać byłbyś głupi gdybyś nie przyjął takiej oferty i to z takiej kompanii jak BNR.

- No wiesz, Tolku. - powiedziałem. - ale nie chciałbym, żebyś się czuł zawiedziony, w końcu ci zawdzięczam pierwszą okazję.

- Cygan- rzucił Tolek sarkastycznie - dla towarzystwa dał się powiesić. Nie bądź głupi, Janie.
 
 

Jan Duniewicz - magister inżynier, doradca międzynarodowy w biznesie, przywództwie i transformacji osobistej.
 

POPRZEDNIE CZĘŚCI


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: office@panoramanews.org
Designed and maintained by Arkona Web Services
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ