| Gdy Montreal gra jazz
Największy festiwal jazzowy świata
od ponad czterech dekad przyciąga do Montrealu artystów i melomanów z całego
globu. W tym roku miałam okazję doświadczyć jego niezwykłej atmosfery podczas
dwóch wyjątkowych koncertów. Są takie dni, kiedy całe miasto zdaje się
oddychać muzyką. Pod koniec czerwca i w pierwszych dniach lipca Montreal
właśnie taki był.
Jedna ze
scen Festiwalu Jazzowego w Montrealu
Największy festiwal jazzowy świata
od ponad czterech dekad przyciąga do Montrealu artystów i melomanów z całego
globu. W tym roku miałam okazję doświadczyć jego niezwykłej atmosfery podczas
dwóch wyjątkowych koncertów - kameralnego występu Jacquesa Kuby Séguina
oraz koncertu światowej sławy zespołu Pink Martini.
Międzynarodowy Festiwal Jazzowy w
Montrealu to nie tylko największe wydarzenie jazzowe na świecie, ale także
jedna z najważniejszych wizytówek kulturalnych miasta. Powstał w 1980 roku
z inicjatywy Alaina Simarda, André Ménarda, Denyse McCann i Alaina de Grosbois,
którzy postanowili stworzyć festiwal gromadzący najwybitniejszych muzyków
z całego świata.
Wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa
jako największy festiwal jazzowy świata, od ponad czterdziestu lat zachwyca
rozmachem, atmosferą i poziomem artystycznym. To miejsce, gdzie spotykają
się legendy jazzu i młodzi, niezwykle utalentowani artyści, a sam jazz
nieustannie odkrywa nowe oblicza, przenikając się z innymi gatunkami muzycznymi
i kulturami.
Przez dziesięć dni serce Montrealu
biło w rytmie muzyki. Centrum miasta zostało zamknięte dla ruchu samochodowego,
a Place des Arts zamieniło się w tętniącą życiem przestrzeń koncertową
i miejsce spotkań miłośników muzyki z całego świata. Publiczność mogła
wybierać spośród blisko 150 koncertów odbywających się w salach widowiskowych
oraz ponad 350 bezpłatnych występów plenerowych, które od lat są znakiem
rozpoznawczym festiwalu.
Międzynarodowy Festiwal Jazzowy to
jednak coś więcej niż seria koncertów. To prawdziwe święto muzyki i ludzi
- wydarzenie, które doskonale oddaje otwartość, energię i wielokulturowy
charakter Montrealu. Każdego roku udowadnia, że muzyka jest językiem, który
nie zna granic i potrafi połączyć ludzi bez względu na wiek, pochodzenie
czy muzyczne upodobania.
Tegoroczny festiwal poznawałam z
perspektywy słuchaczki, a nie przewodnika dla gości z Polski. Dwa koncerty,
w których uczestniczyłam, pokazały dwa zupełnie różne oblicza tego niezwykłego
wydarzenia. W tym roku ze względu na upał nie uczestniczyłam w żadnym z
koncertów pod gwiazdami. Wybrałam klimatyzowane obiekty.
28 czerwca w kameralnym Jazz Bar
Diese Onze przy ulicy Saint-Denis wystąpił znakomity montrealski trębacz
i kompozytor Jacques Kuba Séguin wraz ze swoim zespołem ODD SOUND.
Koncert był jednocześnie premierową prezentacją jego najnowszego albumu
"La Trilogie des odeurs". Album został wydany w dwóch wersjach: CD i płyta
winylowa. Artyści zabrali publiczność w niezwykle sugestywną muzyczną podróż
inspirowaną zapachami - tymi ulotnymi śladami pamięci, które przywołują
wspomnienia i emocje.
Wieczór w Diese Onze pokazał mi inne
oblicze festiwalu. Nie było efektownej scenografii ani tysięcy widzów.
Była za to muzyka, która nie potrzebowała niczego więcej. Kuba Séguin i
jego zespół urzekli swobodą, muzyczną dojrzałością i niezwykłym kontaktem
z publicznością. W niewielkim klubie każdy dźwięk wydawał się bliższy,
każda improwizacja bardziej osobista. Pomyślałam wtedy, że właśnie na tym
polega siła montrealskiego święta jazzu. Obok wielkich gwiazd i spektakularnych
finałów jest miejsce na małe sceny, gdzie muzyka oddycha spokojniej, ale
porusza równie mocno.
Kilka dni później festiwal pokazał
swoje drugie oblicze.
Zespół Pink
Martini
4 lipca w Salle Wilfrid-Pelletier
odbył się koncert zamykający tegoroczną edycję festiwalu. Na scenie pojawił
się Pink Martini - zespół, który od lat zachwyca publiczność na całym świecie
niezwykłą umiejętnością łączenia jazzu z muzyką klasyczną, latynoską, francuskim
chanson, swingiem i rytmami z różnych stron świata.
Są koncerty, które się ogląda. Są
też takie, które się przeżywa. Ten należał zdecydowanie do tej drugiej
kategorii.
Przez dwie godziny scena pulsowała
energią, radością i muzyką przekraczającą granice państw, języków i kultur.
Publiczność nie była jedynie widzem. Stała się częścią spektaklu.
Znane od lat utwory zabrzmiały świeżo
i z ogromną klasą. Nie były to zwykłe wykonania starych przebojów. Były
to muzyczne opowieści, którym Pink Martini nadaje własne, niepowtarzalne
brzmienie.
Szczególnym gościem wieczoru była
kanadyjska wokalistka Martha Wainwright. Jej pełen emocji głos doskonale
wpisał się w klimat koncertu, dodając mu jeszcze więcej wzruszeń.
Jednym z najpiękniejszych momentów
wieczoru było zaproszenie na scenę ponad dwudziestu mieszkańców Montrealu.
Wspólnie z zespołem wykonali najbardziej rozpoznawalny utwór Pink Martini
- "Sympathique", z refrenem "Je ne veux pas travailler". W tej chwili zniknęła
granica między sceną a widownią. Nie było już artystów i publiczności.
Byli tylko ludzie śpiewający razem jedną piosenkę.
Później przyszła pora na taniec.
Gdy zabrzmiały kolejne przeboje, cała sala porwała się do wspólnego rytmu.
Uśmiechy, oklaski i spontaniczna radość stworzyły atmosferę, której nie
sposób odtworzyć na żadnym nagraniu. Trzeba było tam być.
Kuba Séguin
Wracając do domu pomyślałam, że właśnie
dlatego kochamy koncerty. Nie tylko dla muzyki. Przede wszystkim dla emocji,
których nie da się zapisać w nutach. Dla poczucia wspólnoty z ludźmi, których
często widzimy po raz pierwszy i być może ostatni. Przez dwie godziny wszyscy
oddychaliśmy tym samym rytmem.
Te dwa koncerty - kameralny koncert
Jacquesa Kuby Séguina i widowiskowy Pink Martini - pokazały dwa różne oblicza
Międzynarodowego Festiwalu Jazzowego w Montrealu. Jedno zapraszało do wsłuchania
się w każdy dźwięk, drugie porwało tysiące ludzi do wspólnego śpiewu i
tańca. Oba pozostawiły po sobie to samo uczucie - radość, wzruszenie i
przekonanie, że muzyka potrafi zrobić coś, czego coraz częściej brakuje
we współczesnym świecie: połączyć ludzi.
Wychodziłam z koncertu razem z tysiącami
osób. Każdy wracał do swojego domu, do swoich spraw i obowiązków. Ale przez
dwie godziny byliśmy jedną publicznością, śpiewającą, klaszczącą i tańczącą
w tym samym rytmie. Coraz częściej myślę, że właśnie takich chwil najbardziej
nam dziś potrzeba. Chwil, które przypominają, że niezależnie od języka,
wieku czy miejsca, z którego pochodzimy, muzyka wciąż pozostaje jednym
z najpiękniejszych języków świata.
Bożena Szara - dziennikarka,
redaktor naczelna Panoramy
|