| Cło na dym
Donald Trump znalazł kolejny kanadyjski
produkt eksportowy, którego Amerykanie stanowczo sobie nie życzą. Tym razem
nie chodzi o drewno, stal, samochody, energię ani syrop klonowy. Chodzi
o dym.
Dym z kanadyjskich pożarów przekroczył
granicę bez paszportu, bez wizy i - co najgorsze - bez uiszczenia opłaty
celnej. Rozgościł się nad Detroit, Chicago i Waszyngtonem, pogorszył jakość
powietrza i zirytował prezydenta Stanów Zjednoczonych. A kiedy Donald Trump
się irytuje, na horyzoncie niemal natychmiast pojawiają się cła.
Prezydent oskarżył Kanadę o niewłaściwe
zarządzanie lasami i zapowiedział, że straty powodowane przez "brudne,
zanieczyszczone i niezdrowe powietrze" mogą zostać doliczone do ceł nakładanych
na kanadyjskie towary. Ambasador USA w Kanadzie Pete Hoekstra ostrzegł,
że słów prezydenta nie należy lekceważyć.
Nie wiadomo tylko, jak takie cło
miałoby wyglądać. Czy jego wysokość będzie zależała od gęstości dymu? Kierunku
wiatru? Liczby kaszlących mieszkańców Chicago? A może na granicy pojawią
się specjalne urządzenia mierzące, ile kanadyjskiego powietrza przedostało
się na terytorium Stanów Zjednoczonych?
Problem jest oczywiście poważny.
Dym z pożarów zagraża zdrowiu, ogranicza działalność przedsiębiorstw, szkodzi
turystyce i utrudnia pracę na zewnątrz. W dodatku sytuacja powtarza się
coraz częściej. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że grożenie cłami żywiołowi
przypomina wypowiedzenie wojny chmurom za to, że przyniosły deszcz w niewłaściwe
miejsce.
Warto przy tym przypomnieć, że kiedy
w styczniu ubiegłego roku płonęły tysiące domów w Pacific Palisades, Altadenie
i innych dzielnicach Los Angeles, kanadyjscy strażacy znaleźli się na pierwszej
linii walki z ogniem. Kanada wysłała do Kalifornii ludzi, samoloty gaśnicze
i specjalistycz- ny sprzęt. Nikt w Ottawie nie zastanawiał się wówczas,
czy za wodę zrzuconą na amerykańskie domy należy wystawić rachunek ani
obłożyć cłem dym unoszący się nad Kanadą. Sąsiadom po prostu się pomagało.
Grupa republikańskich kongresmenów
zażądała od premiera Marka Carneya skuteczniejszych działań. Pojawił się
także pomysł wezwania kanadyjskich urzędników przed komisje Kongresu, aby
wyjaśnili Amerykanom, dlaczego gaszenie ogromnych pożarów w trudno dostępnych
regionach Kanady nie jest tak proste jak zgaszenie grilla w ogródku.
Na tym jednak nie koniec. Ambasador
Hoekstra zasugerował nawet, że jeśli dym zagrozi zawodnikom i kibicom podczas
finału piłkarskich mistrzostw świata w New Jersey, Trump może zaapelować
o przełożenie meczu. Ostatecznie finał się odbył, Hiszpania wygrała, a
kanadyjski dym nie zdołał odebrać jej mistrzowskiego tytułu. Nie otrzymał
też czerwonej kartki od FIFA -choć niewiele brakowało, aby jako pierwsze
zjawisko atmosferyczne w historii dostał jednocześnie cło, wezwanie przed
Kongres i zakaz wstępu na stadion.
W całej tej politycznej burzy ginie
sprawa najważniejsza. Coraz dłuższe i gwałtowniejsze sezony pożarowe nie
są wyłącznie kanadyjskim problemem. Ogień nie sprawdza obywatelstwa drzew,
a dym nie zatrzymuje się przed szlabanem granicznym. Zmiany klimatu także
nie uznają granic, choć administracja Trumpa wyraźnie wolałaby o tym nie
pamiętać.
Można oczywiście nałożyć kolejne
cła. Tyle że nie zapłaci ich dym ani płonący las. Zapłacą przedsiębiorcy
i konsumenci - również amerykańscy. Wiatr nadal będzie wiał tam, gdzie
zechce, i raczej nie przejmie się ani wynikiem meczu, ani groźbami prezydenta
Stanów Zjednoczonych. Hiszpania została mistrzem świata, a Trump - niczym
Don Kichot - może dalej walczyć z wiatrakami, tyle że tym razem zamiast
kopii używa ceł.
Karol Wilk - komentator
polityczny
|