.
NUMER 4 / WRZESIEŃ 2019

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Obietnica

Pamiętam bardzo dobrze ten moment, kiedy ci powiedziałam, że cię nigdy nie zastąpię.

Było to pewnego wiosennego poranka, miałyśmy obydwie ciężką noc, ty szczególnie, całe godziny kręciłaś się i jęczałaś, a gdy chciałam ci ulżyć podając wodę lub chleb, odwracałaś się obojętna i dalej się skarżyłaś.

Gdy tylko trochę się niebo rozjaśniło, zarzuciłam płaszcz na nocną koszulę, włożyłam na bose nogi tenisówki i zeszłyśmy do parku. 

Miasto było pogrążone w szarej mgle, powietrze było ciężkie i naładowane pyłkami kwiatów. Była to godzina, kiedy drogi ludzi, którzy wcześnie wstają krzyżują się z tymi, którzy się późno kładą. Ludzie mijali się jak nurkowie w skafandrach każdy naładowany swoją strefą godzinową.

Trudno mi było oddychać i musiałam się co parę minut zatrzymywać, aby złapać oddech. Ty dreptałaś za mną kulejąc, zauważyłam, że guz na twoim boku jeszcze się powiększył. Dookoła nas rowerzyści i biegacze prześlizgiwali się lekko w swoich błyszczących kostiumach. Była siódma rano i byłyśmy dwie małe staruszki w parku.

W pewnej chwili musiałam usiąść, aby odpocząć i ty położyłaś się u moich stóp, nieruchoma, prawie martwa. Wówczas to myśl, żeby mieć kiedyś innego psa wydała mi się najgorszą zdradą. Nachyliłam się, żeby cię pogłaskać za uszami, tak jak lubiłaś i przyrzekłam ci, że dla mnie nigdy nie będzie innego psa. Nigdy.

Wiedziałam wtedy, że ty nie pożyjesz długo, ale nie przypuszczałam, że tak prędko będę miała okazję poddać próbie to moje przyrzeczenie.

Kilka godzin później, podczas gdy lekko popychałam twoją mordkę w kierunku miski z wodą, nogi się pod tobą zachwiały i upadłaś, a oczy twe były zamglone i bez żadnego wyrazu. Ważyłaś tysiąc razy więcej niż normalnie i musiałam poprosić o pomoc sąsiada, by cię zawiniętą w kocyk wciągnąć na tylne siedzenie samochodu.

Po drodze do kliniki weterynaryjnej wstałaś nagle i patrzyłaś przez okno na defilujący obok nas świat. Po raz ostatni. Ten obraz ciebie nieruchomej i zrezygnowanej zerwał tamę i dotąd nie rozumiem jak mi się udało znaleźć drogę poprzez te strumienie wody, które mi zasłaniały widok na światła miasta, zamazane w jakąś niewyraźną magmę różnych kształtów i kolorów.

Trwało to wieczność zanim dotarłam do drzwi kliniki. Ani trochę nie protestowałaś podczas gdy dwóch facetów ciągnęło cię i pchało, aby cię ułożyć na noszach i zabrać daleko ode mnie. Natychmiast zrobiono ci całą baterię badań i pomyślałam sobie, że zwierzęta mają szczęście, bo nie przypominałam sobie, żeby się mną tak intensywnie zajmowano podczas moich pobytów w szpitalu. 

Ale te wszystkie testy niczego nie wykazały i następnego ranka, kiedy już twoje ciało było całkowicie przebadane, prześwietlone i obejrzane pod mikroskopem, zapadłaś w komę.
"Razem z eutanazją i ze spaleniem zwłok to będzie kosztowało 2300$ powiedział weterynarz podając mi pudełko klineksów. Zrozumiałam, że szpital, w którym ja byłam miał również pewne zalety, a nie same wady.

Podałam moją kartę kredytową, po czym wybrałam drewnianą rzeźbioną urnę na twoje prochy. Przyszłam po nie dwa dni później, było mi bardzo trudno uwierzyć, że w tym niewielkim lekkim pudełku, niewiele wyższym od półlitrówki mleka jest wszystko, co z ciebie pozostało.

"Kup sobie nowego psa" słyszałam ze wszystkich stron, od przyjaciół, sąsiadów, a szczególnie od moich dzieci, które przypuszczalnie się obawiały, że pod twoją nieobecność będą musiały dźwigać cały ciężar mojej samotności. 

W ich świecie, gdzie każdy dzień przebiega według ścisłego rozkładu, gdzie każda minuta ma swoje zadanie do spełnienia, każdy problem może być rozwiązany, jeśli tylko się zapłaci odpowiednią cenę. Dach przecieka – reperuje się go. Samochód się psuje – oddaje się go do garażu. Pies zdycha – kupuje się nowego psa. Logiczne i łatwe.

Ale ja, ja już nienawidziłam wszystkich psów które spotykałam na ulicy albo w windzie. Znałam ich mnóstwo, spotykałam się z ich właścicielami na naszych codziennych spacerach. Te zwierzaki, które cię popychały, obwąchiwały, które często zakręcały się w twojej smyczy, które obok ciebie biegały za wiewiórkami, jak to było możliwe, że one teraz merdały ogonami bez ciebie? Jak one śmiały być wciąż żywe? I oprócz tego, żaden z nich nie miał tego uśmiechniętego oddania we wzroku, jakie mi towarzyszyło przez piętnaście lat, twój okres psiego życia. Było to dla mnie w tym momencie tak oczywiste, jak wówczas, kiedy owdowiałam: po tobie nie potrafię kochać żadnego zwierzęcia. Była to najpewniejsza rzecz na świecie.

Minęła wiosna, potem lato. Pogrzebałam twoje prochy na wsi w lasku, który tak lubiłaś. Zaczęłam trochę doceniać moje spokojne noce i poranki, kiedy nie musiałam jak dawniej pędzić do parku, abyś mogła opróżnić swój biedny coraz słabiej działający pęcherz.

Już nie skakałaś całym swoim ciężarem na łóżko, nie wymiotowałaś na dywanie, który całkiem stracił kolory od ciągłego szorowania. Mogłam pójść do kina o jakiejkolwiek godzinie, nie musząc unikać twojego pełnego wyrzutów spojrzenia.  I nie musiałam już kończyć wcześniej moich spotkań brydżowych ze strachu, że ty tam wyjesz zrozpaczona i że znowu będę miała kłopoty z sąsiadami.

Moje życie stało się o wiele łatwiejsze i kiedy od nadmiaru wolności kręciło mi się w głowie, zamykałam oczy, by nie widzieć przepaści i zapraszałam na kolację jakąś przyjaciółkę albo syna z dziećmi.

Tydzień temu szłam przez park, kiedy szara chmura przykryła całą dzielnicę grożąc zimnym jesiennym deszczem. To było jakby w wierszu Baudelaira, gdzie ciężkie i niskie niebo ciąży, jak pokrywa wypełniona głuchą groźbą.

Już miałam zawrócić, gdy go ujrzałam: brązowo złoty szczeniak o wielkich uszach, mieszaniec mający coś z labradora i coś ze spaniela. Marszczył mordkę we mgle, która zapowiadała potop. Podniosłam wzrok na jego właściciela, człowieka w nieokreślonym wieku, jak to bywa u ludzi, którzy przeżyli wiele różnych wojen. Miał on chude ramiona z wypukłymi żyłami i tatuażami. Chyba by spowodował wybuch wykrywacza metalu na lotnisku, tyle miał różnych metalowych kółek i pierścieni w najrozmaitszych miejscach na twarzy.

"Chce go pani? To będzie kosztowało trzydzieści dolarów” powiedział patrząc na mnie z krzywym uśmiechem wskazując na zwierzę. Nie wiedziałam, czy myśli poważnie, czy sobie ze mnie kpi.

Była to najdziwniejsza para, jaką można sobie wyobrazić. Czułość małego szczeniaka w wychudzonych ramionach gotowych do nie wiadomo jakiej walki.

Wahałam się: ten psiak musiał być chory, wystraszony złym traktowaniem. Z pewnością był zapchlony. Wyobrażałam go sobie wąchającego odchody ludzkie w jakiejś uliczce pełnej prezerwatyw i strzykawek po narkotykach.

Deszcz lał na dobre, grube krople padały na nas troje. "Hej, pani, oddam ci go za dwadzieścia". Poczułam, że nie mam wyboru, poszperałam w torebce, podałam mu pieniądze i poszłam trzymając w ramionach małą nastroszoną kulkę mokrego futerka.

Moje dzieci były zdumione. Doszły już do wniosku, że ja sobie świetnie radzę, w końcu taki szczeniak to cała masa nowych problemów, również dla nich, gdybym ich poprosiła, żeby się nim przez kilka dni zajęły, na przykład gdybym znowu się znalazła w szpitalu.

Albo gdyby on postanowił zająć się ich torebkami lub nowymi butami.

"Teraz możesz sobie iść, gdzie chcesz, kiedy chcesz, jesteś wolna, dlaczego nie korzystasz z tej wolności?" mówiły moje dzieci, ale ja nie rozumiałam o co im chodzi.

Czyżby one nie wiedziały, że ta wolność, o której mówią, to dziura bez dna, pustynia?

Dzieci, nawet jak mają 50 lat, wszytko im trzeba tłumaczyć. Ale ja nic nie odpowiadałam, żeby nie sprowokować ich zrozpaczonych spojrzeń. I zaczęłam wszystko od początku: siad, leżeć, aport, poszukaj. Przynosiłam kości od rzeźnika, uprałam łóżeczko, w którym spędziłaś ostatnie noce, odnalazłam twoją smycz i dziś rano, skoro świt, gdy niebo zaczęło się rozjaśniać nad budynkami, poszliśmy do parku.

Widzisz, starałam się bardzo dotrzymać mojej obietnicy, ale zanadto mi było ciebie brak.
 

Agnes Gruda - kanadyjsko – polska pisarka i dziennikarka. Przez ponad 30 lat związana z dziennikiem La Presse. W 2014 roku otrzymała prestiżową National Newspaper Award . Jej debiutancki zbiór opowiadań "Onze petites trahisons” (2010) był nominowany do Governor General’s Award (za prozę francuskojęzyczną) oraz zdobył Prix Adrienne?Choquette.
Tłumaczenie: Ilona Gruda – pisarka, autorka literatury młodzieżowej


Tekst "Obietnica" pochodzi ze zbioru opowiadań "Onze petites trahisons", wydanego przez Boréal w 2010roku.


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ