Emigracyjne drogi - Kanada
(cz.23)
Listopad
1983
Na lotnisku
w Kanadzie czekał Kuba i zawiózł nas wszystkich swym samochodem do mieszkania
Basi. Tam już oczekiwało z powitalnym obiadem całe bractwo moich dawnych
kolesi z warszawskiego akademika na Księcia Janusza, którzy już wcześniej
przywędrowali do Kanady. Byli to Zbyszek i Ania, Jarek i Jolka, od dawna
zasiedleni Tolek i Czesia oraz Kuba z Basią.
Jeżeli doliczyć
do całego tego towarzystwa Władzia z Jolą, którzy przybyli do Kanady nieco
później, to aż trudno uwierzyć, by tylu ludzi z jednego akademika i z tego
samego studenckiego grona, mogło się znaleźć w tym samym czasie w Montrealu,
oddalonym tysiącami kilometrów Oceanu Atlantyckiego od miejsca, gdzie się
kiedyś rozjechaliśmy w zupełnie różne strony świata.
Joleczka i
ja w pełni naszego rodzinnego kryzysu. Joleczka obolała z powodu rozstania
z Austrią, ja obolały z poczucia winy nad jej ubolewaniem, przy tym dzieci
marudzące i padające ze zmęczenia podróżą, w której Krzyś wymiotował dotknięty
lotniczo-morską chorobą. Byliśmy wszyscy zmarnowani, zniechęceni i zupełnie
nie przygotowani psychicznie do celebracji naszego przyjazdu do Kanady.
Choć staraliśmy by to ukryć, było widoczne, że byliśmy smętni, ponurzy,
nasze uśmiechy i rozmowy były sztuczne i wymuszone. Dla nich, tu zebranych
na nasze powitanie, Kanada była wyzwoleniem, dla nas wydawała się być tylko
mniejszym złem, choć dla każdego z różnych względów.
(Wiele lat
później Jolka. - oczywiście nie znając ani genezy naszej migracji ani przyczyn
naszych nastrojów - wypomniała nam to, że rozczarowaliśmy ją, sprawiliśmy
na niej wrażenie niezadowolonych snobów. I chyba nigdy nie udało nam się
jej tego porządnie wytłumaczyć.)
O Boże jak
tu brzydko...
Dla mnie przyjazd
do Kanady, po moim pierwszym już z nią zaznajomieniu i polubieniu, był
powrotem na dobre: do bliskich i miłych memu sercu miejsc, które witałem
jak starych dobrych znajomych. Czułem się tu już u siebie, witałem z ulgą
i przyjemnością tutejsze języki, wielokulturowość środowisk oraz życzliwość
i otwartość ludzi wielu narodowości. Oddychałem tu swobodnie, miałem ufność
w przyszłość, motywację i energię do działania by zbudować tu nasz nowy
dom rodzinny i osiedlić się na dobre.
Dla Joleczki
przyjazd do Montrealu był szokiem w przeciwną stronę. Rozstawała się z
Austrią niechętnie, tam zostawiała swoje serce, ludzi jej bliskich, kulturę
i język, którym posługiwała się już swobodnie. Po złotej, słonecznej, pięknej
wiedeńskiej jesieni z pełnym jeszcze złocącym się listowiem, tu w Montrealu
zastała ponury zadeszczony listopad, a na ulicach pierwsze warstwy brudnego,
topniejącego, wymieszanego z solą, śniegu. Szaro, zimno, ponuro.
W Kanadzie
Joleczka musiała zaczynać od początku, szczególnie doskwierał jej brak
języków.
Kształcona
na najpiękniejszych wzorcach antycznej architektury włoskiej czy greckiej
oraz na nowoczesnej wyrafinowanej architekturze europejskiej, odbierała
swe pierwsze wrażenia z wyglądu Montrealu, jego jarmarczną kakofonię kształtów
i kolorów, jako szok i zniewagę dla jej zmysłu estetyki, potrzeby harmonii
oraz miłości piękna.
Tam, gdzie
ja cieszyłem się z oznak swobody i poszanowania innych kultur, gustów czy
obyczajów, Joleczkę odrzucały dowody bezguścia, bylejakości i często niechlujstwa.
Po nieskazitelnie czystej, porządnej i architektonicznie zadbanej Austrii,
tu wszystko wydawało się potwornie brzydkie, zaniedbane, brudne. Późno-jesienny
krajobraz bez zieleni i słońca jeszcze bardziej pogarszał sytuacje. Joleczka
mówiła do siebie z przerażeniem: "O Boże, jak tu ohydnie, jak tu potwornie
brzydko..."
Zalety Montrealu
To co dla mnie
już od mej pierwszej wizyty w Montrealu było największą wartością, a dla
Joleczki stawało się stopniowo pociechą w tej wydawałoby się beznadziejnej
sytuacji, byli ludzie. Na ulicach, w sklepach, w autobusach, w metrze
i ku najwyższemu zaskoczeniu w urzędach. Ludzie uśmiechnięci, grzeczni,
mili, mówiący bez żenady wieloma językami i z prze najdziwniejszymi akcentami.
Kobiety w każdym wieku ubrane młodzieżowo, dziewczyny zgrabne, ubrane ładnie,
z gustem i swobodnie, była akurat moda na kapelusze, które podobały się
Joleczce. Raz rozbawiła ją kobieta na ulicy, która ni stąd ni zowąd podeszła
do nas i tak jakbyśmy byli jej starymi znajomymi, zaczęła wykrzykiwać:
"Cóż to z pieroński kraj, tylko zima i zima...", potem uśmiechnęła się
do dzieci i odeszła tanecznym krokiem; chciała po prostu podzielić się
z nami swą złością na pogodę. Inna kobieta w innym miejscu, gdy usłyszała,
jak rozmawiamy
z dziećmi, zbliżyła się do nas ze słowami: "Ach cóż to za piękny język,
jakim mówicie... z jakiego kraju jesteście?...". "Ach cóż za piękny akcent!"
powiedziała. Jej słowa były balsamem dla naszych serc po Austrii, gdzie
nasz polski akcent był poniżającą skazą na naszej znakomitej już znajomości
niemieckiego.
W urzędzie
imigracyjnym, gdzie załatwialiśmy nasze formalności, uprzejmy, życzliwy,
uśmiechnięty urzędnik wyszedł po nas (!) do sali, gdzie czekaliśmy, zaprowadził
nas (!) do swego przepierzenia, a następnie własnoręcznie(!) wypełnił za
nas wszystkie wymagane formularze. W Austrii w podobnej sytuacji, po przeczekaniu
w kolejce na korytarzu, wytłumaczeniu się ze swych potrzeb przed ponurym
urzędnikiem za szybą, jeśli się zrobiło błąd
w formularzu,
trzeba było z poczuciem winy i z pokorą wycofać się z gabinetu z powrotem
na korytarz, by naprawić błędy i odczekać swoje na końcu kolejki, by stanąć
przed "jego wysokością" urzędnikiem ponownie i poddać swe poprawione formularze
jego bezlitosnej cenzurze. Tu w Montrealu, w urzędzie, cała ta procedura
odbywała się sprawnie, z respektem i pomocą dla klienta, aż ten był w pełni
obsłużony.
To było dla
nas niewiarygodne!...
Jan Duniewicz
Jan Duniewicz
- magister inżynier. Doradca międzynarodowy w biznesie, leadership i transformacji
osobistej.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI
|