Życie zwielokrotnione
(cz. 7)
Ad futuram rei memoriam
Studia. Politechnika Poznańska -
Wydział Inżynierii Lądowej i Transportu. Muszę przyznać, że odpowiadały
mi te nauki. Nawet matematyka, którą komisyjnie doskonale zaliczyłem. Gdyby
nie przeszkodziły mi inne zainteresowania, bez trudu zostałbym magistrem
inżynierem.
Właśnie te inne zainteresowania...
Dzień wypełniały mi treningi pływackie.
Należałem do klubu Olimpia. Chociaż byłem już za stary na bicie rekordów,
to jednak widziano we mnie dobrze zapowiadającego się zawodnika. Przepływałem
codziennie pięć tysięcy metrów, co w owym czasie było wyczynem.
Gdy Uniwersytet im. Adama Mickiewicza
w Poznaniu ogłosił nabór do zespołu teatralnego, poleciałem w te pędy i
dostałem rolę Sir Andrzeja Chudogęby w "Wieczorze Trzech Króli" W. Shakespeare.
Wspaniała reżyseria i prowadzenie zespołu przez Ireneusza Kanickiego zaowocowało
zdobyciem pierwszej nagrody w Ogólnopolskich Teatralnych Eliminacjach Studenckich
w 1955 roku. Jury długo debatowało i przyglądało się aktorom, podejrzewając
nas o zawodowstwo.
Fantastyczną scenografię opracowali
studenci Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych - Bogusława Michałowska i Czesław
Kowalski. Pamiętam niezapomnianego w roli Księcia - Janusza Barańskiego,
przyszłego notariusza w Szczecinie. Nasz spektakl wystawialiśmy na scenie
Teatru Polskiego w Poznaniu przy pełnej widowni. W Inowrocławiu była klapa.
Trzydziestu widzów.
A potem nastąpiły przygotowania do
nowej sztuki teatralnej - "Godiwa" Leopolda Staffa. Ta sama obsada, jak
w poprzedniej. Leofryka grał Janusz Barański, ja dublowałem. Obsadzono
nas i w drugiej roli, Mieszczanina Pierwszego. Tą prowadziłem ja, a dublował
Janusz.
Wielu z nas wystartowało do egzaminu
wstępnego do Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Dostała się tylko odtwórczyni
głównych ról w naszym zespole - Violi i Godiwy - Hanna Krupianka.
Jakże mogłem się uczyć, gdy zaakceptowała
mnie tak zwana "złota młodzież": córki i synowie nieźle sytuowanych rodziców,
studenci, mimo że byłem biedny jak mysz kościelna. Miejscem naszych stałych
spotkań była kawiarenka przy pasażu do kina "Apollo". Okupowaliśmy stoliki
przy szklance herbaty. W dzień wypłaty stypendiów zamawialiśmy "Kasaty"
- lody, z których słynął ten lokal.
No i oczywiście nielegalnie krążył
alkohol. Był to także "dzień handlu dziewczynami". Ciekawe, ładne i majętne
pozostawały niezmiennie w kręgu zainteresowania. Przestrzegano jednak jednej
zasady, że kolegom nie podrywano partnerek. Modne było wiązanie się w "stałe
stadła" z pracującymi dziewczynami aż do zakończenia studiów. Te związki
gwarantowały tak zwany wikt i opierunek.
Żyłem z dnia na dzień. Kładąc się
spać nie przejmowałem się następnym dniem. Byłem biedny, źle ubrany, często
głodny. Stypendium roztrwaniałem w parę dni. Darmową zupę i dowolną ilość
kromek chleba można było ukraść w stołówce akademickiej. Do pewnego czasu,
bo podobnych głodomorów było wielu.
Gdybym był pokorny i mądry mógłbym
stale mieszkać u ciotki i babki. Były właścicielkami dwóch kamienic, ale
mogły domami tylko administrować i z tego się utrzymywały. Też były biedne.
Ale mnie "nosiło", kłóciłem się z ciotką, która miała mnie serdecznie dosyć.
Przeprowadziłem się do akademika. Na krótko, bo nie miałem grosza by go
opłacić. Przygarnął mnie Edward Wende, do wynajmowanego pokoiku tak wąskiego,
że ledwie mieściło się łóżko.
Spaliśmy na nim na przemian, chociaż
Edek był gospodarzem. Za drugie miejsce do spania służyły nam nasze rzeczy
rozłożone na podłodze. Chociaż ojciec Edka był adwokatem w Kaliszu i rodzice
mu pomagali, też bywał bez grosza i często głodny. Kiedyś znaleźliśmy pomiędzy
książkami pół bochenka czerstwego chleba. To była wspaniała uczta, którą
zapamiętałem na długo. Dokarmiały nas też koleżanki z akademika. Przyjaźniliśmy
się, a jego rodzice zapraszali mnie do Kalisza na święta.
Znalazłem wreszcie pokój w małym
domku na peryferiach Poznania, na ulicy Dobrzyńskiej u gospodyni z litościwym
sercem, bo czekała cierpliwie na zaległe czynsze.
Namiętnie czytałem i za ostanie złotówki
kupowałem książki. Interesowałem się filozofią i kinem. Byłem w tym naprawdę
dobry. Pamięć miałem doskonałą i byłem erudytą. Zaliczałem wszelkie możliwe
konkursy, różne zgaduj zgadule i przeważnie wygrywałem. Nagrody sprzedawałem.
Ale to było wciąż mało by wiązać koniec z końcem. To ciągłe szukanie chleba
musiało zaważyć na moich postępach w nauce. Oczywiście z perspektywy czasu,
mogłem sobie inaczej ułożyć życie, biednie, bo biednie, a takich jak ja
była znakomita większość. Najważniejsze było przetrwać do końca studiów.
Ireneusz Kanicki widząc moją piszczącą,
studencką biedę zaproponował mi chałturę: tourne po Polsce z objazdową
grupą teatralną. Trzech aktorów, grających komedyjkę "Niebożątko". Przy
dobrym impresario, a takiego mieli, można było nieźle zarobić. Miałem być
technicznym, czyli stawiać dekoracje, dbać o rekwizyty, oświetlenie i spełniać
wszelkie życzenia aktorów za sto złotych dziennie! Oczywiście zgodziłem
się i poczułem się milionerem.
Po paru miesiącach wróciłem na łono
uczelni.
Wyładowywałem także wagony na stacji
kolejowej. Zdarzały się też chwile życia na bogato. W czasie Targów Poznańskich
pracowałem na czarno w firmie holenderskiej AEG. Za dolary! Mieli mi zostawić
większość wystawianych eksponatów, ale Powstanie Poznańskie pokrzyżowało
te zamiary. W owym targowym czasie także kelnerowałem w restauracji i zarabiałem
krocie! Napiwki dla biednego studenta sypały się jak z rogu obfitości.
Taki oto był wielobarwny obraz mojej walki o byt.
Pewnego dnia Edek Wende, wprowadził
do Klubu Atletycznego "Arizona" dwie uczennice Liceum Kulturalno
- Oświatowego. Jedną z nich była Magdalena. Nie było mi wtedy do tańca,
a raczej do różańca, bo przeżywałem rozstanie z wyróżniającą się pięknością
wśród studentek - Mariolą. Niestety byłem za biedny by "udźwignąć" taką
miłość. Wyspowiadałem się z moich grzechów w duszpasterstwie akademickim
oo. Dominikanów i biegałem codziennie na poranną mszę.
Tak było ze mną źle. Czyniłem Edkowi
grzeczność, że zajmowałem się tą drugą dziewczyną, a nawet odprowadziłem
do szkolnego internatu na Starym Rynku, nie umówiwszy się z nią na randkę,
choć odróżniała się od swoich rówieśniczek oryginalną południową urodą
i pięknymi brązowymi oczami. Ta obojętność zaintrygowała Magdalenę i nie
dawała jej spokoju tak długo, aż Edek zorganizował nasze "przypadkowe"
spotkanie. Od tej chwili do dnia Jej śmierci przeżyliśmy razem trzydzieści
dziewięć lat.
Magdalena, a było to w 1955 roku,
gdy ją poznałem, była jeszcze Węgierką. Jej rodzice: Władysław Starak -
potomek Sasów z Banatu i Terezsia Gabosi - córka bogatego kupca z
Siedmiogrodu mieszkali w Szczecinie. W 1956 roku, władze polskie postawiły
Magdalenę przed wyborem: przyjmie obywatelstwo polskie i zrezygnuje z węgierskiego,
albo wyjedzie. Miała do wyboru Rumunię lub Węgry. Rumunię, bo urodziła
się w Bukareszcie. Pod przymusem zrzekła się obywatelstwa kraju swoich
dziadów. Humanizm socjalistyczny odsłaniał wciąż swoje prawdziwe oblicze.
Krzysztof Jagielski pisarz, członek
Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie Londyn, działacz ZZ "Solidarność"
w Szczecinie.
Krzysztof Jagielski
Krzysztof Jagielski - pisarz,
członek Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie - Londyn, działacz ZZ "Solidarność"
w Szczecinie.
POPRZEDNIE
CZĘŚCI
|