Kto sieje wiatr...
22 lipca 2001 r. George Bush,
prezydent o umyśle nietuzinkowym i nigdy do końca niezbadanym, przebywający
z wizytą w Rzymie i wyraźnie natchniony specyficzną atmosferą świętego
miasta, wygłosił oświadczenie, które powaliło mnie na kolana i które często
z lubością cytuję: "Jestem cierpliwym człowiekiem. I kiedy mówię, że jestem
cierpliwym człowiekiem mam na myśli, że jestem cierpliwym człowiekiem".
Niestety ostatnie lata, pełne politycznych
zawirowań, przepychanek i bijatyk nadwyrężyły moją cierpliwość, a jestem
przekonana, że nie tylko moją. Powiem więcej, jestem zbrzydzona i zniesmaczona
miazmatami politycznego bajora, w którym taplamy się od dłuższego czasu:
ja, wszyscy Państwo i w ogóle cały świat.
Niektórzy powiadają, że polityka
to smród, brud i ubóstwo, co oczywiście w odniesieniu do ubóstwa prawdą
nie jest. "Podążajcie za pieniędzmi" swojego czasu usłyszeli dziennikarze
"Washington Post" Bob Woodward i Carl Bernstein, którzy opracowywali aferę
Watergate, od tajemniczego informatora zwanego Głębokim Gardłem.
I coś w tym jest, skoro nawet człowiek
zamożny, jakim niewątpliwie jest Donald Trump oskarżył stację CBS o faworyzowanie
Kamali Harris i zawinszował sobie odszkodowanie w imponującej wysokości
20 miliardów dolarów, ale przyznane mu przez właściciela stacji Paramount
16 milionów przygarnął. Gospodarz programu "The Late Show" Steven Colbert
nazwał tę ugodę "łapówką dla Trumpa", za co ten wymógł na stacji skreślenie
jego show oraz wysłanie dziennikarza na bezrobocie. Bardzo to prezydenta
uradowało, bo anielskość nie jest jego cechą wrodzoną ani nabytą, a w prezydenckiej
łepetynie króliki fikają coraz żwawiej i w poczuciu triumfu wdał się w
polemikę, nazywając Colberta "beztalenciem". Dziennikarz zjeżył się oczywiście,
ale elegancko spuentował: "Czy człowiek bez talentu byłby w stanie sformułować
tak celną satyryczna ripostę?" Poczym spojrzał wyzywająco w oko kamery
i swojemu prezydenckiemu adwersarzowi zaproponował - "Go fuck yourself!"
Sama nie wiem, jak tę wypowiedz potraktować,
bo słowo "p...ić" jest niby wulgaryzmem, ale już użycie go w zwrocie "za....ać
za miskę ryżu" przez polskiego premiera Morawieckiego nie było wulgaryzmem
tylko troską o naród. Oczywiście zawsze można sformułować swoje myśli inaczej,
na przykład według instrukcji majstra, skierowanej do Jasia, żeby wyrażał
się tak więcej inteligentnie, zostawiając sobie pewne niedomówienia, jak
ci internauci, którzy wysłali wiadomość dla Jarka:
- Zaimek osobowy w drugiej osobie
l.mn.
- Imię "Piotr" po francusku.
- "Tak" po rosyjsku
- "Kłamstwo" po angielsku
Ale nie zawsze damy radę być tacy
eleganccy, wytworni i pełni kurtuazji. Taki na przykład mały palec u nogi-
nie dość, że zawsze po ciemku znajdzie jakiś mebel, to jeszcze nam uświadomi,
jakie słownictwo posiadamy. A pod tym względem Polska bardzo poszła do
przodu. Stare przysłowie mówi "jeśli cegła spadnie ci na stopę, a nie znasz
polskiego, to nie wiesz, co powiedzieć". Nawet książę William, którego
praprababcią ze strony rodziny księcia Filipa była Polka - Julia Hauke,
przyznał, że zna jedno polskie słowo, takie, bez którego nie istniałaby
polska kinematografia i literatura. Wszyscy wiemy, że na początku było
słowo- sadząc po tym, co działo się później musiało to być słowo niecenzuralne.
Ciekawa jestem jakich słów użyli
policjanci z komisariatu RCMP na Dorchester Street, w bogatej dzielnicy
Westmount, w sobotę, 2 sierpnia, kiedy to 44-letni kierowca, nawąchany
jak koliber wjechał im do lokalu. Niby prawidłowo, przez drzwi jak trzeba,
tyle, że drzwi okazały się być za wąskie i pojazd utknął w połowie, bo
nie udało mu się zabrać ze sobą framugi. Wyglądał jak wiewiór z mordką
w puszce po coca-coli, nie mogąc ruszyć do przodu ani do tyłu. Może miał
jakiś zaległy mandat do zapłacenia i chciał podjechać jak najbliżej?
Przed laty na własne oczy widziałam,
jak samochód wjechał na Decarie do firmy ubezpieczeniowej Wawanesa, tyle,
że przez okno. Taki wygodnicki cwaniaczek od razu mógł zgłosić wniosek
o wypłatę odszkodowania, skoro już był na miejscu...
Kierowcy potrafią być absolutnie
nieprzewidywalni: na drodze w Drawnie policja próbowała zatrzymać do rutynowej
kontroli forda escorta. Kierowca dodał gazu i zaczął uciekać. Jechał jak
wariat, wyprzedzając na trzeciego, zajeżdżając innym drogę, przecinając
podwójną ciągłą. W końcu stracił panowanie nad kierownicą i wjechał do
rowu. Po zatrzymaniu okazało się, że 46-letni mieszkaniec Choszczyna był
trzeźwy, nie miał nic na sumieniu i nie potrafił powiedzieć, dlaczego uciekał.
Znakomity był gnający z piskiem opon
kierowca, którego policja wreszcie dopadła, a on tłumaczył, ze właśnie
umył samochód i chciał go po prostu szybko wysuszyć. Ale nikt nie przebije
tego legendarnego użytkownika drogi, który z całą powagą wyjaśniał patrolowi,
że nie może otworzyć bagażnika, bo wiezie tam pszczoły luzem!
A skoro już jesteśmy na polskim gruncie,
to obejrzałam ostatnio film "Collateral", thriller w reżyserii Michaela
Manna. Vincenta grał Tom Cruise, szlachetnego, dzielnego bohatera Maxa
- Jamie Foxx. Jako kierowca taksówki został on zmuszony do wożenia po mieście
Toma, który nabrał tyle zleceń na morderstwa, że nie mógł się wyrobić,
mimo że przekraczał normy jak stachanowiec. Wpadał na chwilę w różne miejsca,
zabijał w pośpiechu kogo trzeba i lecieli dalej. Pół miasta już ich goniło,
ale szantażowany taksówkarz sprytnie wymykał się licznym pościgom, zostawiając
za sobą piekło, dym i ogień, rozpaczliwe krzyki, groźne wrzaski, ogłuszającą
strzelaninę, pisk opon, symfonie klaksonów. Wreszcie obejrzał się na kotłująca
się ulicę i mruknął do siebie: "no, jeszcze tylko polskiej kawalerii brakuje!".
Jako dziedziczka legendy polskiego
oręża poczułam się mile połechtana, a moja duma narodowa rozdęła się jak
wtedy, gdy Rafał Zawierucha przez 18 sekund wystąpił jako Roman Polański
w wielkiej hollywoodzkiej produkcji z Bradem Pittem i Leonardem DiCaprio
albo kiedy Daniel Olbrychski partnerował Angelinie Jolie w filmie "Salt",
a Agata Buzek Jasonowi Stenthamowi w thrillerze "Redemption". Górą nasi!
Danuta Owczarz-Kowal
Filolog orientalny, prawnik,
felietonistka.
|