.

MAGAZYN PANORAMA
352 Bergevin, Suite 6 
Lasalle, Qc
H8R 3M3 

E-mail: kontakt@panoramanews.org

Tel. (514) 367-1224 
Tel. (514) 963-1080



 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Polinezja Francuska. Papeete z bliska.

Przelot z Europy jest bardzo długi, jak dobrze pójdzie, to trwa 24 godziny. Są dwie samolotowe drogi na Tahiti. Pierwsza, bodaj najkrótsza, prowadzi przez Los Angeles. Można wsiąść do samolotu w Paryżu albo Londynie. 

To właśnie tą drogą ze stolicy Francji, podróżowałem do Papeete kilkakrotnie. 

Jest też inna trasa, o wiele bardziej skomplikowana, znacznie dłuższa, ale za to pełna niepowtarzalnych atrakcji. Nie mógłbym jej polecić tym, którzy szukaliby oszczędnej podróży. Ale dla tych, którzy chcieliby o niej pamiętać przez całe życie jest z pewnością najlepsza. To trasa wiodąca przez Santiago de Chile i Wyspę Wielkanocną. Z Europy to monstrualnie długa noc i jeszcze jeden dzień. Leci się bowiem na zachód i jeśli startuje się pod wieczór, noc dosłownie goni. 24 godziny w ciemnościach. Lądowanie przed południem.

Na dole oceany. Najpierw Atlantyk, a potem Spokojny, choć nie wiadomo, dlaczego tak go nazwano. Wśród żeglarzy miał zawsze złą sławę. Trzydziestometrowe fale potrafią rzucić okazałym statkiem tak, że rozsypuje się w drzazgi! W jego otchłaniach mógłby się schować Mount Everest. 

I wreszcie samolot zniża się do lądowania. Z ciemności powoli wyłania się kształty wyspy. Z każdą chwilą nabiera kolorów, staje się coraz bardziej wyraźna. Widać wianuszek z pian. To rafa koralowa tworząca atol. 

W środku znajduje się wulkaniczna wyspa. Otacza ją spokojna laguna. O rafę rozbijają się fale. Nie warto przestawiać zegarków. We Francji zapadł wieczór, jest osiemnasta. A dla mnie to szósta o świcie, pełne 12 godzin różnicy czasu. Gdybym chciał teraz wybrać się na wschód, musiałbym skierować się na zachód i przekroczyć linię zmiany daty. 

Pierwszym Europejczykiem, który postawił stopę na tej ziemi był kapitan Samuel Wallis - dowódca statku Dolphin. 19 czerwca 1767 roku na początek ostrzelał z dwóch armat, znajdujących się na statku, pirogi Maorysów, które próbowały podpłynąć do żaglowca. Błękitna woda zabarwiła się na czerwono. Tubylcy nie mieli jednak złych intencji. Wieźli na powitanie gości kobiety, banany, kokosy i całe naręcza kwiatów. W ten oto sposób Tahiti stało się częścią brytyjskiej korony. 

Słynny odkrywca kapitan James Cook w czasie swej pierwszej wyprawy dookoła świata nadał temu archipelagowi miano Wysp Towarzystwa - na cześć londyńskiego Towarzystwa Królewskiego. "Nie wierzę, żeby jakiekolwiek inne miejsce na ziemi dawało oczom wspanialszy i bogatszy widok" - pisał o Tahiti. Zaś pisarz i podróżnik James Norman Hall konkludował po latach: "Na tych wyspach jest jakaś czarodziejska siła, która przeciwstawia się czasowi”. 

Hall był tą osobą, która w dużym stopniu wpłynęła na moją wyobraźnię. Właściwie to on sprawił, że chciałem podróżować. Jako dziecko, chciałem być marynarzem i popłynąć na jakąś wyspę, pełną palm kokosowych. Hallowi się to udało. Na Tahiti znajduje się jego dom. A w nim pamiątki, fotografie, no i oczywiście największy skarb, jaki ta wyspa posiada. Czyli "Mutiny on the Bounty".

Okręt "Bounty"przybił do Point Venus - zatoki położonej nieopodal Papeete. Dziś znajduje się tam niewielka plaża, a przy niej wzniesiono pomnik ku pamięci tamtego wydarzenia. Statek, którym przypłynął Paul Gauguin cumował już w porcie, na wprost samego miasta. 

Papeete - stolica Francuskiej Polinezji, bo to właśnie Francuzi przejęli po Anglikach pięć archipelagów południowego Pacyfiku i objęli tam pełnię władzy. 

I stało się tak jak chciał wielki artysta. "Moi potomkowie będą ze mnie dumni" pisał, kiedy w tahitańskim szpitalu odmówili mu leczenia, bo ...nie miał pieniędzy." Będą dumni"powtarzał, kiedy maoryscy sąsiedzi przynosili mu ryby i uczyli, jak obłupać orzech kokosowy, gdyż inaczej umarłby z głodu. 

Dziś niemal wszystko, co ma przyciągać turystów na Tahiti nosi imię Paula Gauguina. Ogromny statek, pływający między wyspami z setkami pasażerów z różnych stron świata, sklepy z czarnymi perłami, pensjonaty, wycieczki po wyspie. I oczywiście muzeum. Nikt nie zadbał o to, by zachować jego dom, kiedy Gauguin stąd wyjeżdżał. Był wtedy jednym z wielu, ubogich mieszkańców wyspy. Dziwakiem. Nikt nawet nie przypuszczał, że pamiątki po nim będą miały jakąkolwiek wartość Dom Gauguina znamy tylko z fotografii.

Do tego miejsca zabrał mnie Joël. Nazywał się Joël Hart, twierdził, że jest pół Niemcem, albo pół Tahitańczykiem. Na co dzień jeździł taksówką i woził turystów do muzeum Gauguina, albo na drugą stronę wyspy.

A zatem i my pojechaliśmy do domu Gauguina.  

Joël zatrzymał samochód obok wysokiego, metalowego płotu. - To było tutaj – pokazał – teraz za płotem mieści się szkoła podstawowa dla okolicznych dzieci. 

"Poznałem szczęście i wyleczyłem się z zachodniej choroby nadziei" - pisał Paul Gauguin w "Noa Noa".  I pisał też o Tehurze - swojej vahine, dziewczynce jeszcze, którą przeznaczono mu na towarzyszkę życia. O tym, jak wybrał się w góry po pień drzewa różanego i wrócił duchowo odmieniony i o grotach, w których mieszkają tapapausy - duchy zmarłych o fosforyzujących oczach. 

A teraz Joël mknął asfaltową drogą dokoła wyspy. Do muzeum i z powrotem do Papeete. 

Do miejsca po chacie Gauguina jeździł rzadziej, chyba że jacyś maniacy lub wielbiciele jego malarstwa o to poprosili. Ale to się nie zdarzało zbyt często. Z reguły turyści jedynie wertują kolorowe ulotki w hotelach, mają niewiele wymagań. Nie zadają pytań. Nie szukają historii Mórz Południowych. Ani tym bardziej śladów poetów, pisarzy czy malarzy. Było ich przecież wielu. Sam fakt, że są tutaj na Tahiti jest wystarczającą dla nich satysfakcją. Szczęściem. Bo przecież trafili do raju. Poruszają się pomiędzy luksusowymi bungalowami, a restauracjami nad samą laguną. 

Tahiti to nie tylko świat turystycznych bajek. We, wpadających do oceanu rzekach, dzieci łowią słodkowodne krewetki, ktoś wiesza pranie na sznurku, czuje się zapach gotowanej dyni. Na Tahiti mieszkają zwykli ludzie. Ich życie toczy się cały czas, gdzieś obok.

W pewnym momencie asfaltowa droga się skończyła. Zaczął się leśny dukt. Joël zwolnił. Obok, na niewielkim straganie zauważyłem zieloną kulę. Błyszcząca, pokrytą czymś na kształt łuski. To Ulu, nazywany czasami Uru krótko mówiąc był to owoc drzewa chlebowego. 

To właśnie po owe "złote runo" płynęli marynarze "Bounty’’. Opisał je i sklasyfikował uczestnik wyprawy kapitana Jamesa Cooka, szwedzki botanik Daniel Solander. W swym sprawozdaniu napisał, że owoce zebrane z dwóch, albo nawet trzech drzew, mogą zaopatrzyć człowieka w pożywne jedzenie na cały rok. Z głodu nie umrze. Właśnie to odkrycie, tak pobudziło wyobraźnię, że postanowiono zorganizować ekspedycję, pod wodzą jednego z najlepszych ówczesnych kapitanów brytyjskiej marynarki Williama Bligh'a, aby przetransportowała życiodajne sadzonki z Tahiti na plantacje trzciny cukrowej na Karaibach. Wyliczono także przy tej okazji, że znakomicie obniży to koszty wyżywiania niewolników. Okręt nazwano "Bounty" czyli dar. 

Sadzonki chlebowca nigdy jednak do celu nie dotarły. Kapitan Bligh dopłynął na Tahiti, załadował na pokład okrętu młode drzewka, ale tysiąc kilometrów od wyspy doszło do buntu załogi. Doniczki spoczęły na dnie oceanu. Jest coś w słowach kapitana Bligh'a, który stając, wiele miesięcy później, przed wojskowym trybunałem, analizując przyczyny buntu swej załogi mówił, że te wyspy uczyniły niejednego szalonym. Marlon Brando, podczas pracy nad pierwszym filmem o "Bounty’’, tak zakochał się w tych wyspach, że kupił nieopodal cały atol. Tetiaroa. 

Przyjeżdżali tu i inni znużeni cywilizacją. Urywali się ze swojego świata, mieszczańskiego życia, rytmu codzienności, obowiązków, korporacyjnej zależności. 

Spytałem Joëla, dlaczego mieszkańcy sprzedają przy drodze chlebowce. 

- A czemu nie? 
- Bo wszędzie pełno rosnących drzew ulu. Można je sobie zerwać samemu.
- Eee, zamruczał mój taksówkarz.

Machnął ręką. Chyba nie chciało mu się tłumaczyć. Wyglądał na leniwego. Siedział w swojej rozklekotanej taksówce. Miał rozpiętą koszulę. Dostrzegłem jego owłosiony tors. I gęste krople potu na czole i włosach. Joël był cały mokry. Spokojnie grzebał wykałaczką w zębach. Uśmiechał się do mnie. 

- Pieniądze, tak to ważne, ale do dziś nie ma na Tahiti zasiłków dla bezrobotnych. Rozejrzyj się, wszędzie rosną drzewa chlebowe, kokosy, a w lagunie pływa mnóstwo ryb. Nikt nie umrze z głodu. Proste? 

Kiwam głową, tak proste... takie gadanie dobre jest dla turystów. Bajki. Życie toczy się jednak inaczej. Po swojemu, z całą uciążliwością jego zobowiązań. Doświadczył tego Paul Gauguin. Właśnie na Tahiti. To niby dlaczego ma być teraz inaczej.

Joël zamknął drzwi samochodu. Zamachnął do mnie ręką. Rusz się - rzucił, widząc jak i ja osłabłem z duchoty i upału. Poszliśmy drogą pod górę. Nagle rosnące w tej gęstwinie, pandanusy, chlebowce, aito ustąpiły miejsca ogromnej, pustej polanie. Na jej skraju dostrzegłem kamienną konstrukcję. To marae, święte miejsce Maorysów. Pełniło rolę greckiej agory. Tu toczyło się życie polityczne i religijne. Ale kobiety mogły przekroczyć progi marae tylko wtedy, kiedy brały ślub lub przynosiły nowonarodzone dziecko. Tu też składano ofiary z ludzi. W takim jak dziś, mocno rozgrzanym powietrzu, na strome zbocza wdrapał się kapitan James Cook. Zobaczył jak na ofiarnym, kamiennym stole leżał stary człowiek. Szybko go zabito. Na chwałę, bogom. Po to, aby Cook i inni biali przybysze pozostawili na wyspie swe dzieci. 

Dla Maorysów taka ofiarna śmierć nie była straszna. Była szybkim zespoleniem z duchami przodków. Kiedy zbudowano nowe marae, każdy z jego rogów musiał być poświęcony ofiarą z jakiegoś człowieka. To wszystko tłumaczył mi, sapiący i spocony Joël. Na Tahiti marae to obiekt turystyczny. Rodzaj muzeum na wolnym powietrzu. Chroniony przez prawo. Ci, którzy dotrą na inne wyspy na przykład Huahine czy Rangiroa, mogą zobaczyć coś bardziej unikatowego, nie tak zadeptanego przez turystów jak na Tahiti.

Marae to sens życia Polinezyjczyków. To ich świątynie, kościół. Miejsce na ziemi. Miejsce, gdzie spotykają się wszystkie światy. Ten żywych i umarłych. Bo maoryskiej ziemi strzegły duchy, ucieleśnione w postaci kamiennych Tiki. W hotelach, nieopodal dróg, przy osiedlach, niemal wszędzie, można zobaczyć takie, kamienne pomniki. Raz ustawionego Tiki nie wolno przenosić z miejsca na miejsce. Tiki strzeże też muzeum Gauguina. Ten posąg przywieziono z Tuamotu. Kiedy statek wypłynął z Papeete, dzień później, podczas sztormu zginęło kilku członków załogi, a pozostali też wkrótce umarli. Ciężarówka, którą przewożono Tikiego, w powrotnej drodze rozbiła się. Kierowca zginął na miejscu.

Fatum.

Tak minął mój pierwszy dzień w Papeete.
 

Tomasz Rudomino 

Historyk sztuki, dziennikarz, fotograf. Mieszka w Paryżu. Pisuje głównie o podróżach i sztukach pięknych. Z aparatem fotograficznym zwiedził ponad 140 krajów. www.wsztuce.com 

Zdjęcia autora. 


PANORAMA - NIEZALEŻNY MAGAZYN POLONII KANADYJSKIEJ
Tel: (514) 367-1224, E-mail: kontakt@panoramanews.org
Designed and maintained by Andrzej Leszczewicz
WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
ZALOGUJ SIĘ