Mission: Impossible.
Ostateczne rozliczenie.
Zgodnie z zapowiedziami sprzed
kilku lat, Tom Cruise powrócił w ostatnim odcinku serii "Mission: Impossible",
noszącym podtytuł "The Final Reckoning". Ostatni nie tylko dlatego, że
najnowszy, ale też jest to faktycznie ostatni rozdział trwających już trzydzieści
lat przygód agenta do spraw niemożliwych, Ethana Hunta. Ostatni, oczywiście,
na dziś.
Dla przypomnienia; w poprzedniej
części ("Dead Reckoning") Hunt ze swoim zespołem musiał zmierzyć się z
najpotężniejszym wrogiem, z jakim dotychczas przyszło mu walczyć -ze sztuczną
inteligencją. Dla uproszczenia i usprawnienia nazwano ją Entity. Klucz
źródłowy do powstrzymania nieograniczonej mocy znajduje się na pokładzie
rosyjskiej łodzi podwodnej "Sewastopol". Okręt jednak spoczywa martwy w
głębinach Morza Północnego, ponieważ Entity postarało się, aby nikt nie
miał do niego dostępu. Człowiekiem, którego wirtualny twór wybrał sobie
na wykonawcę jego woli jest niejaki Gabriel (w tej roli Esai Morales).
Zapewne do legendy kinematografii przejdzie nie tylko scena skoku Hunta
w przepaść na motocyklu, o której mówiło się jeszcze przed projekcją filmu,
ale również kulminacyjna scena potyczki między Huntem, a Gabrielem w Orient
Expressie, pędzącym bez hamulców przez urzekające Alpy szwajcarskie. Tak,
lokomotywa i wagony naprawdę spadają w kilkudziesięciometrową przepaść,
podobnie jak Tom Cruise naprawdę skacze wraz z motocyklem z urwiska, choć
zostało to nieco w postprodukcji upiększone. Na Youtube można zobaczyć,
jak wyglądało kręcenie tych ujęć.
W każdym razie Gabriel niestety ciągle
ma się dobrze, a przed Ethanem Huntem stoi jeszcze bardziej karkołomne
zadanie niż w pierwszej połówce. Wie już do czego służy klucz, jaki zdobył
dwa lata temu. Teraz musi dostać się do wraku "Sewastopola" i zabrać kostkę
ze swoistym "kodem DNA" Entity. A superinteligentny wirtualny organizm
panoszy się coraz bardziej. Demonstracyjnie, na oczach pani prezydent USA,
uruchamia kolejne procedury przygotowań do zagłady nuklearnej. A to na
Środkowym Wschodzie, a to w Ameryce Południowej...
"Final Reckoning" charakteryzuje
się może mniej rozwiniętą fabułą i intrygą, niż pierwsza połowa sprzed
dwóch lat. Jednak nie należy zapominać, że to jest jedna historia, podzielona
na dwa filmy. Główne wątki zostały wyjaśnione właśnie przed dwoma laty.
Teraz pozostaje głównie akcja. Do zespołu Ethana Hunta dołącza paru jego
wrogów z pierwszej części i razem wyruszają na poszukiwania wraku łodzi.
Do tego (żeby szalenie trudna misja nie okazała się jednak zbyt łatwa)
Hunt, jak to przeważnie bywa, ścigany jest przez swoich zwierzchników,
z których nie wszyscy darzą go zaufaniem. W najnowszym "M:I" bohaterowie
może nie odwiedzą ekskluzywnych europejskich klubów nocnych, nie zdemolują
kilkunastu eleganckich limuzyn, ale za to przejadą się psim zaprzęgiem
w kole podbiegunowym, powycierają nieco pajęczyn w jaskiniach południowej
Afryki, a także zaliczą (Hunt) krótką podróż lotniskowcem "USS George H.
W. Bush", nie mówiąc oczywiście o "leczniczej" kąpieli w lodowatym morzu.
Ciekawostką jest, że zapierającą dech w piersiach sekwencję z próbą dostania
się do "Sewastopola" kręcono w wodnym studio filmowym Lites Studios w Brukseli.
Ekipa Toma Cruisa niemal minęła się w drzwiach z zespołem Jana Holoubka,
który chwilę wcześniej zakończył tam zdjęcia do intrygującego serialu "Heweliusz".
Oprócz nurkowania Tom Cruise postanowił
też trochę polatać. Nie będzie to spoilerowaniem z mojej strony, gdyż scenę
tę ukazuje choćby kinowy afisz. Zarówno on, jak i Esai Morales, grający
Gabriela, naprawdę zostali zabrani w podniebną podróż zabytkowym dwupłatowcem,
gdzie stoczyli kolejną walkę. Samolot był oczywiście w rękach doświadczonego
pilota, którego później - znów w postprodukcji - wymazano, niczym gumką.
W ogóle liczący sobie 62 lata Cruise w całej serii uprawiał już wspinaczkę
w Wielkim Kanionie, chwycił się startującego samolotu, wchodził na najwyższy
budynek świata, Wieżę Chalify, a o jego skokach spadochronowych można napisać
książkę. Wszystko dla jak najlepszego wrażenia ekranowego, a także ku spełnieniu
marzeń. Nic dziwnego, że są ludzie, którzy twierdzą, że powodem rezygnacji
z usług kaskaderów jest wyrachowanie. Takie poświęcenie może nie mieścić
się w głowie.
Po ostatniej części można pokusić
się o pewne podsumowania. Seria "Mission:Impossible" od zawsze przypominała
mi sagę o Jamesie Bondzie, przede wszystkim ze względu na głównych bohaterów.
Nie uda się zatem uniknąć porównań: który lepszy? Moim zdaniem filmy z
Cruisem dają więcej rozrywki w postaci akcji, natomiast seria o legendarnym
agencie 007 wymaga nieco więcej skupienia, a poszczególne odcinki są lepiej
rozbudowane fabularnie. Mimo podobieństw, tylko jedną cechę mają wspólną:
obie serie właśnie dobiegły końca, a przynajmniej tak głoszą ich producenci.
O ile przygody brytyjskiego agenta ostatnio straciły dużo na polocie i
lekkości, o tyle wykonywania niemożliwych misji przez Ethana Hunta będzie
brakować. Do czasu, aż ktoś znów sobie przypomni o tej luce, którą opłacałoby
się wypełnić.
Tymczasem polecam i życzę oszałamiających
wrażeń.
Marcin Śmigielski
Marcin Śmigielski felietonista,
krytyk filmowy
Fot.: materiały prasowe
|